niedziela, 19 grudnia 2010

Jakim jesteś graczem?

Znalazłem ostatnio ciekawy artykuł na Kurwidołku Furiatha i zacząłem się zastanawiać, jakim ja jestem MG. Zastanawianie było w sumie dość krótkie - kawał ze mnie Biurokraty ;P. Chociaż staram się na tym pracować, by zminimalizować wertowanie podręczników w trakcie gry (pomaga tu szybka zasada - "w razie wątpliwości szansa wynosi 50%").

A Wam jaki styl pasuje?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Kroniki Drużyny Mlota

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium

[Rozdział XVIII – ciąg dalszy]

Pod ziemia rzeczywiście był duch krasnoluda. I trochę nie umarłych goblinów. W sumie nic ciekawego, pochowaliśmy ciało biedaka zgodnie z khazlidzką procedurą i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do Wolstary, gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka*.

[Rozdział XIX]

W Wolstarze zastaliśmy Hercena i dużą grupę jego chłopów zbrojnych w widły, cepy i inne takie narzędzia. Co jak co, ale widok tak wyposażonej zgrai chamstwa zazwyczaj napawa pewnym niepokojem, szczególnie osoby szlachetnie urodzone. Powód zebrania tej kupy okazał się jednak być inny, niż podejrzewaliśmy. Otóż prawie 4 tysiące zielonoskórych szło właśnie na przełęcz u źródeł Rzeki Żelaznej i hetman polny zwołał pospolite ruszenie, by wesprzeć oddziały regularnej armii carskiej w odparciu watahy, zanim ta zmieni się w pełnowymiarowe Waaagh!
Jednogłośnie postanowiliśmy dołączyć do kontyngentu wystawionego przez Wolstarę i już po trzech dniach szybkiego marszu dotarliśmy do obozowiska armii carskiej na Przełęczy.
Gdy zbliżaliśmy się do obozu, usłyszeliśmy straszny huk. Dźwięk największego w Kislevie działa, które właśnie wylatuje w powietrze zabierając ze sobą przed oblicze Ulryka hetmana wraz z całym sztabem i większością wyższych oficerów, to coś, co naprawdę zapada w pamięć (szczerze, to mam wrażenie, że nawet pamiętna Bitwa pod Wolfenburgiem z roku następnego nie była aż tak głośna, mimo użycia tam kilkudziesięciu armat).
W takiej sytuacji, można było zrobić tylko jedno. Gascoine objął dowodzenie nad armią i podjął energiczne przygotowania do bitwy. Troszkę przeszkadzało w tym dziele dwóch felczerów, którzy – gdy tylko pojawił się on w lazarecie – chcieli mu wymalować dziąsła na fioletowo i dać laksigenium… Mimo tej i innych drobnych przeszkód (jak na przykład oporne przyjmowanie rozkazów przez pospolite ruszenie Daniłłowicza, czy utrata części kawalerii w nocnym podjeździe wykonanym przez pewnego przyszłego arcymaga) półtora dnia później, o świcie, prawie dwa tysiące naszych stanęło naprzeciw dwukrotnie liczniejszej hordy zielonych.
„Kroniki…” nie są właściwym miejscem na przytoczenie opisu samej bitwy. Szczególnie, ze szacowny Gascoine pozwolił sobie, już jakiś czas temu, dość szczegółowo opisać całą bitwę i nasze czyny z nią związane.
Jedna rzecz, której Gascoine nie zawarł z swoim opisie bitwy, to słowa, z którymi zwrócił się do żołnierzy o świcie:

„Kislevie!!!!!

Żołnierze, Towarzysze, Bracia… Nie pierwszy raz staje nam (sic)… Zmierzyć się z potęgą czyhających na nasze
święte ziemie, nie szanujących żadnej świętości bandą Goblinów i Orków.

Te chaotyczne plugawe plemię po raz kolejny nastaje na nas i niepokoi nasz spokojny kraj, grabi nasz dobytek,
pali nasze plony, niszczy wszystko co napotka na swojej drodze. Po przejściu tej szarańczy nie zostaje nawet pięć
ziemi… pozostaje tylko kurz, popalone ciała i zgliszcza…

I oto jesteście tu WY – Kwiat tego Kraju… ostoja sprawiedliwości… Mur wolności… Brama broniąca
umęczonego kraju… zbrojna dłoń krzycząca STOP!!!

Dziś stajemy ramie w ramię: rycerz, szlachcic, mieszczanin, chłop… jak bracia… każdy równy wobec śmierci i
chaosu niesionego na mieczach Orków.

Pomyślcie dziś o waszych rodzinach… Ojcach, matkach, żonach, dzieciach… oni czekają na Wasz zbrojny
czyn!!!

Nie damy by ten pomiot chaosu bezkarnie pukał do naszych drzwi…

Dlatego wzywam Was:
- Nie szczędźcie sił!!! …bo oni ją wam tylko odbiorą…
- Nie wahajcie się!!! …gdyż oni się nie zawahają…
- Nie miejcie litości!!! …bo oni jej dla was nie będą mieli…

Chcę usłyszeć Wasz gniew!!! Chcę usłyszeć Waszą nienawiść!!! Uderz we wroga z całych sił!!! Bij – zabij!!!

Nadzieja w męstwie, ratunek w zwycięstwie – gotuj broń i czyńmy swoją powinność !!!”

W dzień po wygranej bitwie, po opatrzeniu rannych, szykowaliśmy się do drogi powrotnej. Gascoine dostał od śmiertelnie rannego żołnierza namiary na mapę, która rzekomo miała prowadzić do zagubionego Runicznego Kła Sollandu…

---------------------------------------------------------------

* - co ciekawe, gdy badacze historii literatury w roku 2720 KI dotarli do rękopisu „Kronik…” okazało się, że pod koniec XVIII rozdziału ktoś wyrwał kilka kartek i dołożył jedną, zawierającą tekst drukowany powyżej. Co ciekawe, dołożona karta została sporządzona tym samym charakterem pisma, co reszta książki.

Kfiatki z 28.10

Dzisiejszy odcinek sponsoruje Niezbędnik Gracza

Sam (znalazł w Niezbędniku Gracza możliwość kulnięcie na wróżbę losu określającą, co spotka postać. Namówił Gascoine`a, żeby ten kulnął i po chwili Sam czyta): „Dobroć twa złem podszyta. Męstwo twe to śmiech głupca”)
Gascoine: A lepszej nie ma?

NPC (do Gascoine`a): Jeden z żołnierzy chce z tobą mówić.
Anna: Jestem tam?
MG (turla kostkami*): Tak
Anna: To mu zwracam uwagę, ze mówi się „rozmawiać” i idę dalej.

(pojawia się nowy niezbyt ważny NPC. MG ma problem z wymyślaniem imion – zazwyczaj wychodzą mu same Heinrychy, Hansy i Gertrudy, więc sięga po tabelkę losowych imion w Niezbędniku Gracza)
Anna: Czyżby nie miał być Henirich?

MG (opisuje ciężko rannego NPC`a): Wygląda nietęgo…
Anna: Chudy?
Anna: Nie schudł. Jelita mu wypłynęły.

NPC: Znajdziesz pan moją żonę Agathe…
Cerus: Dobrze, że nie Renate…

Cerus: Siedzę z magiem loda i pytam go o arkana…
Sam: Czemu masz takie zdarte kolana?

Gascoine: Jesteś moim doradcą?
Sam: Tak. To ja ci doradzę.
Gascoine: Tak
Sam: To ja ci radzę: znajdź sobie innego doradcę.

Gascoine (montuje ekipę na akcję).
Sam: Masz mój topór.
Anna: i dwóch felczerów Cerusa.

Anna: Jak coś, to kislevski spiryt, wódka i twierdzimy, że nie pamiętamy co się stało.

Sam (o przyuczaniu swojego giermka): Stosuję podejście behawioralne.
Anna: ???
Sam: No biję go!

Anna: Ty w ogóle możesz jakieś osłony postawić?
Cerus: Tak, z wiatru.

Anna: Uczyniliśmy im znak młota na drogę.

(ktoś rzucił minimalną ilość obrażeń)
Gascoine: Głupi, kantem go!

(Cerus na skutek Przekleństwa Tzenthcha stracił głos i nie może czarować)
MG: Cerus co robisz?
Cerus: Kurwa nic.

-----------------------------------------

* - w takiej sytuacji, gdy brak danych do precyzyjnego określenia szansy pojawienia się osoby A w miejscu X (czy też stwierdzenia, czy ktoś ma coś w kieszeni, co ma szanse się tam pojawić, tudzież czy w karczmie mają akurat wino porzeczkowe) zgodnie ze starą dobrą nauką chyba bodajże z Dragon Magazine, przyjmujemy szansę powodzenia 50%

Zaległe Kfiatki z 14.10

Cerus (do Sama): Ty jesteś traper, więc weź się skradaj na koniu.

(podjazd kawalerii wziął do niewoli goblina)
Sam (do Cerusa): Przesłuchaj go.
Cerus (do NPCa): Kapitanie, przesłuchaj go.
Kapitan (do NPCa): Chorąży, przesłuchajcie go.
Chorąży (do NPCa): Sierżancie, przesłuchać jeńca!
Sierżant (do NPCa): Iwan kurwa weź kogoś do pomocy i przesłuchaj zielonego.
Iwan (rozgląda się bezradnie i bierze się za przesłuchanie).

Sowa Major: Hujuuu…
Anna: A gdyby jej tak lotki obciąć?
Gascoine (z paskudnym uśmiechem): Taś taś taś…

Gascoine: (przemawia do wojska): Nie pierwszy raz staje nam…
(gremialna salwa śmiechu)
Gascoine (kontynuuje, jakby nigdy nic): zmierzyć się z horda orków i goblinów.

piątek, 24 września 2010

Nowy zestaw kostk

MG kupił sobie w Cube nowy zestaw krasnoludzkich kostek:

Akcja właściwa:

MG właśnie zapłacił Nutiemu w Cube`ie za kostki.

Nuti: Niech ci się dobrze rzuca.

MG: Ja jestem MG, więc może lepiej nie... Ja lubię moją drużynę ;P

sobota, 11 września 2010

Kfiatki z 09.09 + Bonus ;)

[Przed sesją, Cerus chce wykupić skilla demonologia. MG grzecznie tłumaczy, że musi sprawić sobie parę książek i doczytać] Cerus: Ale przecież ja już dużo wiem o demonach! Sam kilka zabiłem!! MG: Tak. A ja rozjechałem samochodem 3 gołębie i wróbla. Czy to czyni mnie biegłym ornitologiem?Anna: To byłby świetny sposób, żeby zostać lekarzem...
[trwa aktualizacja kart przed sesją]
Gascoigne: Szukam gumki.
Sam: W portfelu!

Cerus: Mój favorite ptaszek…
[wszyscy dziwnie patrzą na Cerusa]
Cerus … cofnij. Mój chowaniec…

[Gascoigne po nieobecności na poprzedniej sesji dowiedział się, że dostał pełną zbroję płytową. Zbroja trochę skrzypi]
Gasoine: Przecież wczoraj oliwiłem!
Sam: Ty się dopiero dzisiaj dowiedziałeś, że ją masz!

Gascoigne: Ja nie chciałem jechać do Kisleva!
Sam: Ale MG chciał. Jakby każdy z nas pojechał w inną stronę, to i tak wszyscy spotkalibyśmy się w Kislevie.

[drużyna bada starożytną krasnoludzką, oczywiście podziemną, światynię]
Sam: Ja mam specjalną umiejętność. Jak pierdzę, to echo idzie. Taki THX.

Cerus: Rzucam Oczy prawdy. To trochę jak taki rentgen.
Anna: Ojej, a trzeba było założyć czystą bieliznę…

[zwiad wykrył niebezpieczną pleśń za ścianą]
Cerus: Zrobimy w ścianie dziurkę przez nią [dziurkę] i ją [pleśń] spalimy!
Sam: OK. Ty przodem!

Gasoine: Jaka jest pora roku?
MG: Wczesna jesień
Cerus: Znaczy jak dla nas zima w ch…

[W dniu sesji Anna ma wyjątkową zajebistą fryzurę. MG właśnie zaakceptował jej pomysł]
Cerus: Kumoterstwo!!!
Anna: Uczesz się tak ładnie jak ja i też będziesz tak miał.

Cerus: Pytam ducha…
MG: Niema go już.
Cerus: Kurde, wiedziałem, żeby najpierw pytać, a potem chować…

[Cerus wyraża dezaprobatę wobec doczesnych szczątków krasnoluda nad jego świeżo wykopanym grobem]
MG: Kiedy spoglądasz w grób, grób patrzy w Ciebie.
Sam: Grób strzelił focha i nic nie mówi.

[po zakończeniu akcji w krasnoludzkiej świątyni drużyna dociera do obozu kislevickiej armii, gdzie przed chwilą nastąpił katastrofalny niewypał wielkiego działa Car Puszka, który zabił wszystkich wyższych oficerów i ranił wielu żołnierzy]
Gascoine: Nie żebym się śmiał, ale sobie postrzelali…

Cerus: Szukam Kmicica
MG: Jeśli Kmicica chcesz poznać po przypalonym boku, to wokoło leży tak z tuzin Kmiciców.

Sam: Bo tu był poligon artyleryjski. Wyróżnia się jeden gon, dwa gony i poligon.
Gascoine: I z poligonu zrobił się zgon.

Gascoine: Jakie były ostatnie słowa hetmana? Strzelaj dziadu??

[nadciąga horda orków i goblinów, drużyna po przejęciu dowodzenia nad armią zaczyna opracowywać plan…]
Cerus: Gascoigne, ciebie uczyli taktyki…
Gascoine: Kurwa….
Cerus: Taktyki, nie kurestwa.

Sam: [ma plan: stawia długopis pionowo na stole, puszcza, po czym wskazuje rękę w kierunku, w którym upadł]: ATAKUJEMY TAM!!!
Gascoine: To teraz już wiesz, dlaczego ja dowodzę.
Sam: Achaaaa….
Gascoine: Trzymasz mapę do góry nogami.

Gascoine [do Sama]: Zostaniesz moją prawą ręką.
Sam: … eeee…. A którą ręką się odlewasz?

[plan dalej się rodzi. Problem: co zrobić z pospolitym ruszeniem?]
Anna: Chłopi uciekną. Jakby grzecznie dali się wyrżnąć tam gdzie stoją, to pół biedy, ale oni uciekną i spanikują nam resztę armii.

[Cerus forsuje wypad kawalerii i mini wojnę szarpaną]
Cerus: Może się uda coś z taboru uszczknąć…
Gascoine: Tak. Tabor u orków.
Cerus: To może maruderów dorwiemy.
Gascoine. Tak. Maruderzy u czoła armii.

[podsumowanie sesji]
Sam: Dzisiaj była smutna sesja, bo nic sobie nie rozwinąłem.
Anna: Mogę Ci dać papier toaletowy.

I na koniec bonusowy Kfiatek z maila posesyjnego.
[w trakcie przygody drużyna poznała Franka do Lasu – kisleviskiego maga lodu]
Anna: Czy ten cały mag loda mógłby…

czwartek, 9 września 2010

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium

[Rozdział XVIII]

Czy wspominano już na łamach niniejszego dzieła, że stary Boris Todtbringer, elektor Middenheimu, to był cholernie szczwany lis? Jeśli nie, to czynię to teraz: stary Boris Todtbringer, elektor Middenheimu, to był cholernie szczwany lis.
Bo jak inaczej nazwać faceta, który ubija dwa wróble, siedzące na przeciwległych końcach wież w jego cholernej, niezdobytej fortecy, załatwia jednym kamieniem? I to do tego robi to przed śniadaniem?
Takie myśli przyszły nam do głowy, gdy po dotarciu do Kisleva okazało się, że car Radi Bokha prosił swojego sojusznika, Borysa, o przysłanie oddziału Rycerzy Panter. I przyjechał oddział Rycerzy Panter – Rycerz Gascoine i Rycerz Sam. Razem z Anną, Cerusem, Fransoise (w śpiączce), Drakkim i Bjorni (w delirce – chyba mu podróż łodzią zaszkodziła). Dość powiedzieć, że Ojciec Narodu powitał nas na audiencji raczej chłodno i po konsultacji z doradcami – m.in. Bogdanovem, z którym mieliśmy spotkać się jeszcze parę razy – wysłał nas na zadupie zwane Wolstara, bo coś mu tam wiernych poddanych chłopów pańszczyźnianych zżerało.
No to spakowaliśmy manatki (nie żebyśmy zdążyli je szczególnie rozpakować po przybyciu na miejsce) i ruszyliśmy w drogę. Zaraz po tym, jak kurduple zapakowały na „Lodzię” beczkę lokalnej proweniencji spirytusu, a Renate rozładowała skrzynki z jakimiś butelkami na handel.
Do Wolstary dotarliśmy po 3 dniach drogi. Lokalny włodarz – Iwan Ilicz Herzen – wyjaśnił nam, w czym problem. Problem polegał na tym, że przez ostatni miesiąc coś – najprawdopodobniej zwierzoludzie – zeżarło mu 20 chłopów pańszczyźnianych. Podobno problemy zaczęły się, gdy niejaki drwal Aleks znalazł jaki krąg w lesie. Niestety nie zdążył powiedzieć co to za krąg i gdzie on dokładnie jest, bo go coś zeżarło.
Herzen twierdził, że jakąś wiedzę w temacie może posiadać niejaki Piotr Piotrowicz – stary węglarz, który twierdzi, że jego syn jest przywódcą wyewoluowanej inaczej bandy w lesie. Z dziadka jednak nie wycisnęliśmy zbyt wiele konstruktywnych informacji. Gdy Cerus usiłował go przekupić, dziadek zwarł poślady niczym shalyijska adeptka-dziewica w burdelu Marienburga i nie puścił pary z ust. Równie nieskuteczne okazało się szwędanie po lesie, ale na szczęście Major – chowaniec Cerusa – znalazł jakiś krąg latając nad lasem. Udaliśmy się na miejsce, znaleźliśmy krąg, czterech zwierzoludzi, przewodzącego im wojownika Chaosu dzierżącego kielich służący do przywoływania demonów, pomniejszego demona Khorna przyzwanego z kielicha służącego do przywoływania demonów oraz klapę prowadzącą pod ziemią. Po usieczeniu wszystkiego na pozycji 2, 3 i 5 oraz zabezpieczeniu przez Cerusa przedmiotu z pozycji 4 (niema to jak praca zespołowa!), zabraliśmy się za drewnianą klapę w ziemi. Przeczucie Anny wyczuwało tam ducha krasnoluda…

piątek, 3 września 2010

Kfiatki kislevskie z 02.09

[Anna zapoznaje się komponentami do nowych mikstur]
Anna: Czapka głupca? Skąd ja to wezmę??
Sam: Zawsze możesz zabrać Gascoinowi!

Anna: Powietrze w stałej formie???
Cerus: Proste: Bierzesz dwa krasnoludy, pakujesz do małej skrzynki, regularnie dajesz im piwo, żarcie. Po dwóch miesiącach otwierasz skrzynkę i nożem powietrze wykrawasz.

[po miesięcznej podróży barka drużyny wpłynęła do miasta Kislev]
Celnik: Czy macie coś do oclenia?
Cerus (stukając się w czoło): O my rycerze, nie wzięliśmy towaru na handel!

Sam: Mówiąc „ja” masz na myśli niemieckie określenie, czy polskie „ich”?
Cerus: Nein.

[Sam kupił za kupę kasy skórę z białego niedźwiedzia do narzucenia na płytówkę]
MG: Wiesz, ile poliestrów musiało oddać życie, żebyś mógł nosić ten płaszcz?

Sam: Ku chwale Imperium!! I idę do lasu.

[drużyna planuje skrytą obserwację wioskowego dziadka. Trwa debata nad dogodnym miejscem]
MG: Są domy, ogródki…
Anna: Idealne miejsce, żeby się schować! Za dynią…
[poi chwili]
Sam: Idziemy na wzgórek.

[drużyna na popłynąć do wioski na południe od miasta Kislev]
Sam: Płyniemy na północ, tam będzie cieplej!
MG: Dwa miesiące później na morzu arktycznym…
Cerus: To może chociaż na zachód?
Sam: Nie gadaj tyle, ciągnij łódź!
Cerus: Samyca patrz, biegnie matka twojej kurtki!!

MG: Poszedłeś na wódkę z autochtonem. Rzucaj na odporność.
Sam: O kur…

[Krasnoludy toczą beczkę ze spirytusem na barkę]
Sam: Nie wnosimy na barkę materiałów łatwopalnych!
Krasnoludy: My nie wnosimy, my wtaczamy!

MG: Cerus do dzisiaj nie możesz wyrzucić z głowy przekazu telepatycznego Twojej sowy, jak się marcowała.
Anna: Czy przez to odczuwasz większą chęć do kobiet z piórami?
Cerus: Nie, ale lubie dziobać w głowę
Anna: Główkę?!?!
Cerus: Kark! Potylicę!!

Cerus: [do Sama] To jest twój giermek, on wszędzie za Tobą łazi. Jak srasz, to on ci papier odgina, żebyś sobie palców nie pomaził…

czwartek, 2 września 2010

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium

[Rozdział XVII]

Ostatniego dnia karnawału postanowiliśmy wykorzystać informacje dostarczone nam przez siatkę ulicznych konfidentów, którą zorganizowała Anna. Podobno co tydzień wieczorem kanclerza Sparsama odwiedza jakaś tajemnicza kobita. Przyczailiśmy się w pałacu i… doczekaliśmy się! Pani ubrana w niepozorny strój, o przeciętnej, łatwej do zapomnienia twarzy. Weszła do kanclerza z jakimś pakunkiem.
Korzystając z okazji zaznaczam, że nie jest prawdą wersja tych wydarzeń rozpowszechniana przez nieprzychylnie Drużynie Młota wersja wydarzeń, zgodnie z którą tego wieczora pobiliśmy tę kobietę na terenie pałacu (miała na imię Brunhilde), a następnie poddali ją torturom. W zamieszaniu nie brali też udziału Rycerze Pantery, którzy nas wtedy nie zaaresztowali. A już zupełnie wyssane z palca są pogłoski, jakoby to książę Gascoigne miał w świątyni Shalyi dotkliwie pobić samego kanclerza Sparsama! Między te same bajki można włożyć historię o Arcymagu Cerusie, który nieudolnie usiłował go zaczarować. Powszechnie wiadomo jak wielką moca on włada i już abstrahując od całej reszty, to w tej historii najbardziej kupy nie trzyma się to, że mu czar nie wyszedł.
Prawda wyglądała dużo bardziej prozaicznie. Śledziliśmy Brunhildę z pałacu, gdy potknęła się i nieszczęśliwie łamiąc nogę straciła przytomność. Zabraliśmy ją do Świątyni Shalyi, gdzie jednocześnie przypadkiem przebywał oddział Rycerzy Panter. Z dokumentów, które miała przy sobie dowiedzieliśmy się, że ktoś planuje zabić grafa i zastąpić go dopelgangerem. Powziąwszy tak strasznie wieści niezwłocznie udaliśmy się do Pałacu – razem z nami przez miasto biegli Rycerze. Do pokoju grafa wpadaliśmy w ostatniej chwili!
Widok który ukazał się naszym oczom po otwarciu drzwi do prywatnych komnat grafa odebrał nam mowę. I nie mówię tu to wspaniałej kolekcji bretońskich arrasów, która już wtedy była dumą Todtbringerów. Otóż ujrzeliśmy grafa w koszuli nocnej i szlafmycy z kutasikiem, który był duszony sznurem do zasłon przez grafa w koszuli nocnej i szlafmycy z kutasikiem!
Na szczęście dzięki magii i sile naszych mieczy zdołaliśmy zabić potwora zanim pozbawił życia ojca Heinricha. Drżę na samą myśl o tym, co stałoby się z Imperium, gdyby wtedy nie udało nam się go uratować. Bez jego mądrości i roztropności, strach pomyśleć o ile gorzej wyglądałby nadchodzący kryzys…
Korzystając z okazji warto w tym miejscu wyjaśnić kolejną z dziwacznych plotek, które powstały wokół naszych czynów w Wolnym Mieście Middenheim. Otóż Gascoigne i Cerus wcale nie spędzili następnych trzech nocy zamknięci w lochach – po prostu z uwagi na fakt, iż na ówczesnym etapie nikt nie był pewien, jak szerokie kręgi zatoczył spisek, graf poprosił nas o wzmocnienie ochrony jego pałacu – i oni dwaj po prostu na wszelki wypadek pilnowali tajemnego przejścia znajdującego się pod zamkiem.
Ale jeszcze zanim do tego doszło musieliśmy dorwać osobę stojąca za spiskiem. Okazało się bowiem, ze prawdziwy Magister Praw Ehrlich nie żyje od kilku tygodni! Najprawdopodobniej zabił go dopelganger i zajął jego miejsce. Z dokumentów znalezionych jego gabinecie dowiedzieliśmy się, że za całą aferą, za zamachem i za wprowadzeniem krzywdzących i niesprawiedliwych podatków stoi Magister Praw Wasmeier!
Udaliśmy się więc, wraz z małym oddziałem Rycerzy Panter, który oddano pod nasze dowództwo, do jego siedziby. Wasmaier, jak to prawnik, nie był w ciemię bity i wiedział, co się szykuje. Właśnie opuszczał miasto na pokładzie opancerzonego powozu. W pościgu przez całe miasto udało nam się drania dorwać i wyprawić na tamten świat razem z jego przydupasami.
W uznaniu naszych zasług Graf mianował Sama i Gascoigne`a rycerzami Pantery i polecił nam niezwłocznie podjęcie się delikatnej misji – Car Kisleva, Radii Bokha, potrzebował pomocy w walce ze sługami Chaosu i powołując się na starożytny sojusz zwrócił się do Grafa Borisa Todtbringera o pomoc.
Tak więc ruszyliśmy do Kisleva. „Tam musi być jakaś cywilizacja” – rzekł Sam kierując „Lodzię” na wschód.

piątek, 30 lipca 2010

Mały bukieciek kfiatuszków z 29.07

Drakki (NPS krasnolud, odgrywany przez Cerusa): To ja tej cipy nie będę niósł na legarach.
Sam: Ja ją będę niósł. Na twoich plecach.

(Cerus spędził noc w celi)
Cerus: No cześć, co tam?
Sam: Co cie tak opaliło w paski?

MG: Rycerzem pantery można od razu zostać za sługi, za dobre urodzenie, lub za widzimisie grafa.
Cerus: Graf widzi misie, widzi skunksa…

Cerus: Do tej pory wielu usiłowało nas zabić. My byliśmy poharatani, a on są martwi.

Cerus: W Kislevie jest pięknie: są zielone lasy, pszenica jak słupy telegraficzne… nie, nie wiem co to. Może jak wieże sekarowe! Tak rzadko rośnie.

MG: Ta księżniczka była tyleż ładna co głupia.
Sam (rozmarzonym tonem): Idealna!!

(Sam chce sobie giermka zatrudnić i przekuje do podjęcia pracy)
MG: Rzuć na ogładę.
Sam: No to miałem giermka (załamka). [rzut k100] O! Zdałem!

(po sesji, Sam chce przepisać na kartę charakterystykę swojego nowego giermka, ta jest jednak sporządzona wg. 1 edycji)
Cerus (długo i zawile tłumaczy zasady konwersji z 1ej edycji na 2gą)
Sam: Naprawdę myślisz, że ja to zapamiętałem?

sobota, 24 lipca 2010

Kroniki Drużyny Młota

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium


[Rozdział XVI]

Nocny odpoczynek przerwał nam jednak taki drobny detal. W sumie, to można by się było tego spodziewać. W końcu byliśmy tylko w środku jednego z trzech – czterech najlepiej ufortyfikowanych miast Imperium, twierdzy niezdobytej przez nieprzeliczoną armię Chaosu pod wodzą samego Archeona, Pana Końca Czasu.
Tak więc imaginuje sobie, drogi czytelniku, że w środku nocy zaatakowali nas zwierzoludzie! W karczmie! W środku Middenheim!
Cała zadyma zaczęła się około 3:25 rano. Anna spała w pokoju razem z Renatą, Sam z Cerusem, krasnoludy razem i osobno Gascoine. Co tu dużo mówić – prawie daliśmy się zaskoczyć. Annę w ostatniej chwili ostrzegło jej przeczucie, a Cerusa – sowa. Gascoine, którego nikt nie ostrzegł, musiał salwować się ucieczką przez okno w koszuli nocnej, po drodze dorabiając się nowego przedziałka na głowie za sprawą pocisku ze spaczeniowego
pistoletu jednego z mutantów. W tym czasie Anna desperacko broniła się przed atakiem dwóch zwierzoludzi, starając się ich nie dopuścić do Renaty. Jedynie Cerusowi i Samowi wiodło się w miarę – choć na początku było strasznie, mutanci wparowali do pokoju w momencie, gdy Sam był w połowie narzucania skórzanej zbroi…
Gascoine, już na ulicy przed karczmą, szybko udał się do stajni w poszukiwaniu broni. Planowanego miecza tam nie znalazł, wyszedł jednak po chwili ze sztachetą zbrojną w zerdzewiały gwóźdź. Tak uzbrojonego zauważyły go z okna Anna i Renate, które również skacząc z okna oderwały się w końcu od goniących ich zwierzoludzi. Po krótkiej naradzie Renate udała się po pomoc, Anna, przekazała Gascoine zabrany ze swojego pokoju miecz. Razem ruszyli z powrotem na górę karczmy, by rewindykować zbroję tego drugiego.
Tymczasem Sam i Cerus rozprawili się z dwoma Gorami, które napadły ich w pokoju (nie bez odniesienia pewnych obrażeń), tylko po to, by naciąć się na dwóch następnych, prowadzących za szmaty jakiegoś mieszkańca karczmy w stronę schodów. Szarża z toporem dwuręcznym w plecy szybko pozbawiła życia pierwszego z nich, drugi również padł po krótkiej walce. Jednocześnie Major – Chowaniec Cerusa – usilnie latał wokół karczmy i nie mógł znaleźć Anny i Gascoine, którzy jakoś złośliwie nie chcieli być w swoich pokojach.
Przy tylnym wejściu do karczmy Anna i Gascoine nacięli się na dwóch kolejnych wyewoluowanych inaczej, z których jeden zbrojny był w dwa pistolety. Wypalił z jednego, raniąc bretońskiego rycerza, ten jednak szybko zripostował strzałem z muszkietu w zasięgu bezpośrednim, kładąc go trupem. Po małej szamotaninie i postrzeleniu drugiego zwierzoczłeka ze zdobycznego pistoletu, w końcu udało się wrócić do pokoju na górze, gdzie Gascoine, przy pomocy Anny, odział się w zbroje. Tak przygotowani ruszyli na dół.
Prawie dokładnie w tym samym czasie Cerus pomagał Samowi założyć jego zbroję. Ranni, ale wciąż gotowi do walki, również ruszyli na dół.
Weszliśmy do głównej Sali karczmy oddzielnymi wejściami w kilkudziesięciu sekundowym odstępie. Na dole zastaliśmy grupę goblinów celujących z łuków do związanych pracowników i gości karczmy, szczuroogra i jeszcze kilku zwierzoludzi. Razem z nami do wali przyłączyli się Drakki i Bjorni. Bez wahania odrzucaliśmy żądanie poddania się ze strony ich przywódcy – wyewoluowanego inaczej o twarzy szczura - i rzuciliśmy się do walki.
Łatwo nie było – ze starcia Sam wyszedł, a raczej wykuśtykał, z poważną raną prawej nogi, a Gascoine tylko jakimś cudem uniknął utraty prawej dłoni w zębach szczuroogra, a tylko medycznemu talentowi Wiewióry Bjorni zawdzięcza to, że dużo później mógł znaleźć bohaterską śmierć godną Zabójcy Troli. Bo, jak później przyznał, śmierć z ręki zwykłego Gora, to nie byłaby dobra śmierć dla Zabójcy. Ostatecznie jednak nasze wyszło na wierzchu, gdy na miejsce dotarła Straż Miejska – oczywiście za późno, jak zawsze.
Przy jednym z mutantów znaleźliśmy dziecięcą szmacianą lalkę, a za jej sukienką – zgniecioną karteczkę z napisem „Ratunku! Porwali mnie zwierzoludzie” – i podpisem – J.E. Po dłuższej dedukcji ustaliśmy, ze mogła ją napisać zaginiona niedawno bratanica magistra praw Ehrlicha. Postanowiliśmy zbadać ten trop.
No i nie można nie wspomnieć o najzabawniejszym momencie tego wieczoru – czyli o Cerusie, który był jak zwykle pierwszy w łupieniu pokonanych wrogów. Dzięki temu jako pierwszy nadział się na posmarowany substancją paraliżującą sztylet przywódcy napastników. Śmiesznie wyglądał przez ten kwadrans, jako go sparaliżowało.

piątek, 23 lipca 2010

Kfiatki z 22.07

(przygotowania do gry)
Cerus: Czy mogę podręcznik główny? Chciałbym sobie coś rozwinąć.
Anna: Mogę ci przynieść papier toaletowy.

Sam: (o Chowańcu Cerusa): Niech tam siedzi i monitoruje.
Cerus: Co on kurde, firewall?

(Gescoine startuje w turnieju rycerskim organizowanym przez zblazowaną szlachtę Middenheimu)
MG: To jest turniej do autolansu.
Anna: Bardziej do koniolansu.

Cerus: A chłoszcz mnie i mów mi świństwa!

(drużyna ochoczo wzięła się do torturowania jeńca. Po 30 minutach)
Gascoigne: Zadaję mu jakieś pytanie.

(przesłuchanie kultysty trwa)
Sam: A gdzie kultywowaliście swój kult?

(rzecz o wyznawcach Tzenecha)
Sam: On mi się kojarzy z wtyczkami AV.

(Po przesłuchaniu kultysty drużyna postanowiła podrzucić związanego kultystę z jakimiś obciążającymi go dowodami do Sigmaryckiej inkwizycji)
(ktoś) to znajdźmy kota i utnijmy mu głowę.

Cerus: Robię do Anny dyskretne ping
Anna: Ping jest do czegoś innego, ale wyślę przeczucie.

Kfiatki 15.03

(Przed sesją Cerus rekapituluje)
Cerus: Przypomnę, co pamiętam…
Sam: Pamiętasz moje plecy, bo całą walkę stałeś za mną.
Anna: Co było najlepszym twoim manewrem w całej kampanii.

Anna: Czy któryś z nich używa magii?
MG: Twoje przeczucie ma przeczucie, że nie

Sowa – chowaniec Crusa – wzywa krasnoluda Drakkiego: Hujuuu, Hujuuu…

MG: Będzie paw sterowany

MG: Rzuć na przeszukanie
Anna: Cerus teraz ścianę macasz.

Sam: Głupio go będzie przesłuchać w karczmie. Głośny będzie.
Cerus: Rzucę mu ciszę.
Anna: No to dużo nam wyśpiewa.

Cerus: Może skoczymy do Wittengstein?
Anna: A po co?
Cerus: Zajebać go.

sobota, 3 lipca 2010

Kfiatki karczemne z 02.07.2010r.

Dzisiejszy odcinek w całości odbywa się w zaatakowanej w środku nocy przez mutantów karczmie.

MG (jako że bohaterowie podczas ataku śpią osobno, więc MG postanowił rozmieścić ich w oddzielnych pokojach): J. Kochanie, Ty idź do pokoiku, a ja M. wezmę do sypialni…

MG (po kulnięciu na małe przekleństwo Tzentcha): Sparaliżowało ci prawą rękę.
Cerus: To będę chujem strzelał!

Gascoine: Mam Virtue of Knightly temper!
Anna: Virtue of Knajpy co?

Anna (do MG) Ty tak nie spisuj nam wszystkiego.

MG (po krótkiej pełnej napięcia pauzie po rzucie na skutek trafienia krytycznego): Sam, masz zajebiście wielkiego sińca na prawym udzie.
Sam (który spodziewał się chyba co najmniej amputacji): No to git!

Cerus (w ferworze łupienia trupa skavena zaciął się w palec shirukenem pokrytym jakąś zielonkawą substancją…): Rudaa….
Anna: Co?? Pocałować mam?
(efektem trucizny jest ogólnoustrojowy paraliż)
Cerus (przez zęby): Ssij.

Sam (po znalezieniu karki z prośbą o pomoc): Ktoś szuka pomocy ma inicjały J.E.
Gascoine: Ja Erdolę?

(rozmowa o tym, kto może zostać objęty działaniem czaru obszarowego)
Sam (do Cerusa): Ty jedziesz po wszystkich, jak antybiotyk.

Cerus: Fajnie by było być magiem ognia i ścianę ognia postawić… Chociaż z drugiej strony, w drewnianej karczmie…

(w wyniku ataku poniektórzy są ranni, jedni bardziej)
Sam: Ale ja jestem tak na jeden strzał.
Cerus: Ja też. Ale na słabszy.

(Kurz po bitwie opadł. Teraz trzeba domyślić się, kto i po co zaatakował)
Sam: Po pierwsze: Wy (Anna i Cerus) jesteście okultystami…
Anna: To on (wskazuje na Cerusa)
Cerus (jednocześnie): To ona (wskazuje na Annę)

Anna: Sam ma więcej Int niż ja! Ja się tak nie bawię…
Cerus: Przecież tak ma być! To normalne.

czwartek, 1 lipca 2010

Lektury (nad) obowiązkowe

Odpowiadając na zapotrzebowanie sprzed paru sesji, załączam ling do bardzo zgrabnie napisanej historii Imperium.

I do kompletu najważniejsze wydarzenia w układzie chronologicznym, za niezastąpioną Wikipedią:

  • -30 KI (Kalendarza Imperialnego, rok zerowy to koronacja Sigmara na Cesarza) - Rodzi się Sigmar, syn wodza plemienia Unberogenów.
  • -15 KI - Sigmar ratuje, wziętego do niewoli przez orków, krasnoludzkiego króla, Kurgana Żelaznobrodego. Zawarty zostaje pokój między nimi a Sigmar otrzymuje w darze magiczny młot Ghal-Maraz (Rozłupywacz Czaszek).
  • - 1 KI - Sigmar wraz z Kurganem toczą zwycięską kampanię przeciwko zielonoskórym.
  • 1 KI - Najwyższy kapłan Ulryka koronuja Sigmara na cesarza Imperium. Rozkwita sojusz pomiędzy ludźmi a krasnoludami. Na niebie pojawia się dwuogoniasta kometa.
  • 50 KI - Po 50 latach rządów Sigmar abdykuje i wyrusza do Karaz-a-Karak. Nikt więcej go nie widzi.Powstaje system elektorski.
  • 73 KI - Johann Helstrum buduje pierwszą świątynię Sigmara i obwołuje się Wielkim Teogonistą. Ten dzień uznaje się za pierwszy dzień trwania Kościoła Sigmara.
  • 1111 KI - Wielka Plaga. Epidemia doprowadza do wyginięcia 90% populacji kraju. Za datę zakończenia Plagi uznaje się 1115 KI. Według zapisków za plagą stała rasa Szczuroludzi (Skavenów).
  • 1115 KI - 1124 KI - Pierwsze bezkrólewie w historii kraju.
  • 1360 KI - Podział Imperium. Otylia, księżna Talabeklandu, odrzuca wiarę w Sigmara i ogłasza oderwanie się prowincji od reszty państwa.
  • XV - XVI wiek KI - Krucjaty w Arabii.
  • 1547 KI - Hrabia Middenlandu ogłasza się Cesarzem w imię Ulryka. Zaczyna się Epoka Trzech Cesarzy.
  • 1707 KI - Najstraszniejszy najazd orków od czasów presigmaryckich. Gorbad Żelazny Pazur rozbija armię Wissenladu i doprowadza do upadku Sollandu. W oblężeniu stolicy Imperium, Altdorfu, ginie cesarz Sigismund, jednakże miasto zostaje obronione.
  • 1979 KI - Zupełny rozpad Imperium. Cesarzową zostaje wybrana Małogrzata z Marienburga, jednakże Wielki Teogonista nie zgadza się z tym wyborem.
  • 1999 KI - Sigmar karze miasto Mordheim za grzechy jego mieszkańców zsyłając nań kometę.
  • 2010 KI - W prowincji Sylwania martwi wstają z grobów. Początek Wojen z Wampirami. Wampirza dynastia von Carsteinów próbuje rozszerzyć swe wpływy na okoliczne prowincje.
  • 2145 KI - Wampirzy Hrabia Manfred von Carstein zostaje pokonany w bitwie na bagnach Hel Fen.
  • 2302 KI - Najazd sił Chaosu na będące w stanie anarchii i upadku politycznego oraz moralnego Imperium. W mieście Nuln pojawia się Magnus, który nawołuje do zjednoczenia i zbiera siły przeciw Chaosowi. W wielkiej bitwie pod Bramami Kislevu siły Chaosu zostają rozgromione, jednakże spora część Kislevu zostaje skażona.
  • 2304 KI - Elektorzy jednogłośnie wybierają Magnusa Pobożnego na cesarza.
  • 2429 KI - Secesja Marienburga. Detronizacja Dietera IV. Do władzy dochodzi dynastia Holswig-Schlestein.
  • 2522 KI - Drugi Najazd Chaosu. Po dwóch miesiącach ciężkich zmagań siły Chaosu zostają odparte spod murów Middenheimu. Północne Imperium w gruzach.

Przypominam też, że mamy już na stanie baterię podręczników, które chętnie pożyczę do przestudiowania w domu :).


wtorek, 22 czerwca 2010

nowy rozdział Kronik

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium

[Rozdział XV]

Po pięciu dniach spędzonych w Middenheim jedno wiedzieliśmy na pewno – brodziliśmy po kostki w gównie, a nad miastem wisiała jego powódź. Działo się wiele, dlatego tego wieczora postanowiliśmy podsumować to, co wiemy. Myślę, że przytoczenie tych informacji w tym miejscu pozwoli lepiej wyjaśnić nasze dalsze działania.

-        Graf jest od kilkunastu miesięcy w depresji po śmierci ukochanej żony, Anke-Elise. Generalnie robi to, co podsuną mu najbliżsi doradcy. Wpływ na grafa mają magistrowie praw (Hoflich, Erlich i Wasmeier), podskarbi Sparsam, szampierz Dieter, córka grafa Katarina, middenmarszałkowie i Ar-Ulryk – najwyższy kapłan Ulryka i elfi minstrel - Rallane.

-        Ktoś chce osłabić obronność miasta – zaporowe podatki nałożone na magów, kapłanów i krasnoludów uderzają w filary jego obronności.

-        Dodatkowo w mieście działa kult Slanesha, prowadzony przez ostatniego z rodu von Wittengsteinów, który robi orgie i chyba knuje coś w kontekście nadchodzącego święta Shalyi, w trakcie którego ulicami miasta mają przeparadować dzieci przebrane za diabły. W ich siedzibie znaleźliśmy półprodukty do stworzenia halucynogennego środka, który powoduje zwiększenie podatności na sugestie. Ponadto dla kult poprosił nas, o zafundowanie trzydniowe sraczki halfińskiemu grajkowi, który miał tę procesję poprowadzić…

-        Slaneshyci organizują orgie w różnych miejscach miasta. W dodatku w piwnicy trzymali demoniczną Penisoręką Poduchę Elektryczną!! Która chujem strzeliła Cerusa!!

-        Z szampierzem Dieterem dzieje się coś dziwnego. Jest on wielkim przyjacielem krasnoludów i ogólnie człowiekiem rozsądnym i poukładanym, ale mimo to uparcie popiera podatki nałożone na Khazlidów. Jego narzeczona – Kirsten – też zauważyła jego dziwne zachowanie. Jakby mu ktoś na psychę wjechał, tylko jak?

-        Nowe podatki wprowadzono z inicjatywy Magistrów Praw. Bliższe przyjrzenie się im wykazuje, że Hoflich ma opinię człowieka dokładnego i zasadniczego, Erlich zaś, skądinąd też podobno niezły fachowiec, od kilkunastu dni zamknął się w domu i nigdzie się nie pokazuje. Wasmeier zaś był kiedyś magiem, ale w ostatnich latach błyskawicznie zrobił karierę jako prawnik. Co dziwne, w tajnym wewnętrznym głosowaniu w Gildii Prawników, dwa głosy były za podatkami, a jeden przeciw. Magom wydaje się, że Wasmeier – „ich człowiek” głosował przeciwko podatkom.

-        Podskarbi Sparsam, oprócz tego, że jest znanym kolekcjonerem antyków i znany był jako człowiek dość nieśmiały, ostatnio czynił kilku paniom na dworze bardzo nieprzyzwoite propozycje i ogólnie zachowywał się dość bezczelnie.

-        Wielu jest zdziwionych postawą Ar-Ulryka, który ani słowem nie wypowiedział się w sprawie nowych podatków. A przecież świątynia Ulryka zapłaci najwięcej (podatek jest od powierzchni świątyni).

Po takim podsumowaniu postanowiliśmy udać się na spoczynek w naszych pokojach. Czasami dobre pomysły przychodzą go głowy przez sen. Plan prawie wypalił… Prawie…

Altdorfer Tagesblat

Altdorfer Tagesblat
Czyli Niezależny Nieregularnik Stolicy Imperium

Numer 11

Trwa Festyn w Middenheim

W stolicy Middenlandu trwają obchody dorocznego Festiwalu, który tym razem przypadł w lecie. Z dotychczasowych doniesień wynika, że imprezie należy uznać za udaną – mieszkańcy miasta stanęli na wysokości zadania i pomimo wojennych zniszczeń zorganizowali świetną imprezę, upiększoną przez rzesze artystów, muzykantów i sportowców. Dopisali też kupcy i po prostu zwykli goście festynowi. Co ciekawe, jak dotąd doszło tylko jednej, większej burdy z udziałem pseudokibiców snotballu – Straż Miejska w dalszym ciągu prowadzi dochodzenie, mające na celu ustalenie kto i co wywołało tumult w Gospodzie „Kurza Stopa”, w trakcie którego kibice drużyny Garowników Spod Południowej Bramy starli się z mieszczanami, Strażą Miejską i pewnym uzbrojonym w dwuręczną karczemną ławę przybyszem z miejscowości Pokojnia za Górami Krańca Świata. Poszukiwania tego ostatniego trwają do dziś.

Poszukiwany żywy lub martwy

Ogłasza się wszem i wobec, że z rozkazu Elektora Nuln, wyznacza się nagrodę w wysokości 10.000 Złotych Koron za dostarczenie głowy groźnego banity Abelarda von Bielau. Jest on poszukiwany za liczne morderstwa, rozboje na gościńcach, liczne przypadki sodomii, cudzołóstwa, podpalenia, nieczyste praktyki neoromantyczne, desakrację poświęconych cmentarzy, rabunek grobów, unikanie podatków, psucie dziewek, zdradę stanu i udział w assasynacji poprzedniego Elektora Nuln. Ostrzega się, że osobnik ten jest wyjątkowo niebezpieczny i gotów na wszystko.


Wymieniony podróżuje w towarzystwie niejakiego Roberta von Richtchoffen, banity, wyewoluowanego inaczej mordercy i uzurpatora tytułu hrabiego Bloodfells, który również brał udział w zamachu na nieodżałowanej pamięci Elektora oraz Monique de Lowe – oskarżonej o pakty z demonami, morderstwa, udział w sabatach i nieczyste praktyki kupieckie. Za każde z tej dwójki wyznacza się nagrodę 3.000 Złotych Koron.

Ponadto wymienieni podróżują w towarzystwie bliżej nieokreślonej liczby zbrojnych, podających się za oddział lekkiej kawalerii Imperium. Wymienione indywidua można najczęściej poznać po czarnych zbrojach płytowych oraz tym, ze jednym z nich jest krasnolud.

Jeśli stającym po nagrodę okaże się jeden z byłych popleczników Abelarda von Bielau, oprócz nagrody zapewnia się mu pełną amnestię.

środa, 16 czerwca 2010

Małe cudeńko znalazłem

Coby nie zgubić linka - super strona z możliwością zamówienia zestawów do wykonania terenów do bitewniaków i na sesje z tektury

wtorek, 8 czerwca 2010

Kfiatki z 27.05

Dzisiejszy odcinek sponsoruje... Fotka sponsora na dole ;P

(Cerus wydał zaległe PDki na podniesienie ogłady)

Cerus: Chciałem zauważyć, ze co dzień budzę się piękniejszy, ale dzisiaj, to już przesadziłem. Mam 40 ogłady!

Anna (do Cerusa, który niedawno pozyskał chowańca - sowę): Co by ci się stało, jakbyś stracił chowańca? Jakieś punkty obłędu?
Cerus: Smutno by mi było…

Sam: Jak mnie kurwa obudzisz, to dostaniesz z młotka… topora!!

Cerus: Szukamy kogoś, kto by był cappo di tutti ryjem.

(MG nabył w drodze kupna i zaczął intensywnie wykorzystywać Niezbędnik Gracza, zawierający, między innymi, obszerny generator losowy imion. Bardzo go to uradowało, bo wymyślanie imion zazwyczaj kończyło się na Hansach i Josephach, czy innej Brunhildzie)
MG: To jakie pseudonimy podaliście?
Anna: Dawaj tabelkę imion!

(drużyna w końcu dotarła na orgię)
Ines (NPC – dama negocjowanego afektu bardzo obficie obdarzona przez naturę): To zależy na co miałbyś ochotę…
Gascoigne (wpatrzony wiadomo gdzie): Na wszystko!
Cerus: Koza jest na górze!
(po chwili)
Cerus: Tylko nie mów, że chcesz, żeby cię zaskoczyła!!!

MG (do Gascoigne): Ines nachyliła się nad tobą i ogłuchłeś…

Cerus (do innej damy negocjowanego afektu): Obejmij mnie! ... Ale nie ramionami!

Cerus: Ona to robi ekologicznie: leży jak drzewo.

(drużyna planuję infiltrację sekty)
Cerus: … i później mu wpierdolimy!
Anna: Ja chcę już teraz!!

(zaszła potrzeba rzucenia czaru Uśpienie)
Anna (o Cerusie): On ma ręce, które usypiają!

Anna: Jak ty masz na nazwisko?
Cerus: Nie wiem…
(następuje gorączkowe wertowanie karty)

(W kulminacyjnym momencie na koniec sesji graczy zaatakowała demoniczna Penisoręka Poducha Elektryczna!)
Cerus: Kurwaaaa penisy mnie atakują!!



(potwór oczywiście zaatakował Cerusa)
Gascoigne: Chuj cię strzelił. Dosłownie!

(Cerus rzuca czar, który odpędzi Demoniczną Penisoręką Poduchę Elektryczną, Gascoigne biegnie z odsieczą, ale jest jeszcze w sąsiednim pokoju)
Gascoigne: Dobrze by było, żeby ci ten czar nie wyszedł. Wtedy zdążę wejść do pokoju i paść ze śmiechu)

Cerus (podsumowując sesję): Powiem tak: było chujowe zakończenie.

---

Figurka Penisorekiej Poduchy elektrycznej, inspirowana oczywiście genialnym komiksem o Wilq`u, została wykonana przez niżej podpisanego MG tuż przed sesją. Czas od szurniętego pomysłu na pomniejszego demona Slanesha do zakończenia przerabiania dwóch worków z piaskiem załączonych do Cadiańskiego Teamu Broni Cięzkiej do WH40k na widoczną na załączonym obrazku figurkę - godzina. Co wyjaśnia tak niski poziom malarski, ale zważywszy na reakcję graczy - chyba było warto ;P.


czwartek, 27 maja 2010

Kfiatki z z 20.05

Dzisiejszy odcinek znowu z okolic czerwonej latarni ;)

Sam (rekapituluje na początku): Jesteśmy na początku intrygi. Musimy rozwalić… Tego… Kogoś tam…

(infiltracji burdeli w celu poszukiwania podejrzanych miłośników orgii ciąg dalszy)
Cerus: Ja mam ochotę na taki mały, no… ten…
Sam: Gangbang!!!

Sam: Wyższa sfera…
Gascoigne: Ja tworzę wyższą sferę, a ty conajwyżej podwaliny.

Cerus (dzieli się szybkim ciągiem skojarzeń): Dobrze robię mieczem… Zaraz, nie mam miecza. Dobrze laską robię…

Cerus (schodząc z pięterka domu uciech): Coś się dowiedzieliście, czy tak ruchałem bez celu?

Cerus (do kolegów – ciąg dalszy burdelowych przemyśleń): Ale z was dowcipasy…

Cerus (spotkał zastępczynię arcymaga i ma pytanie do MG): Z jakiego ona jest wiatru?
Sam: Grochówka!
Anna (prawie równocześnie): Fasolka po bretońsku!

NPC: Czy coś jeszcze możemy zrobić?
Cerus: Lodzika.

(ktoś – chyba Cerus - komuś grozi w drużynie – chyba Samowi lub Gascoignowi): … i będziesz chodził do kibla z otwieraczem do konserw!

(drużyna w celu wbicia się na orgię musi skrycie podać Niziołkowi – wirtuozowi gry na flecie laxigen)
Sam: (zagaja): Czy da się z gry na flecie wyżyć? Bo kolega chce na harmoszce zacząć grać.

(udało się podać Niziołkowi porcję zioła na 3 dni tzw. ostrego paradoksu (często o rzadko) Ma zadziałać po 20-30 minutach)
Gascoigne: chętnie byśmy posłuchali jak grasz
Sam: Ale tylko przez 13 minut…

(inne pomysły na załatwienie Niziołka – flecisty)
Gascoigne: A może naślemy na niego Młodzież Wszechaltdorfską?

poniedziałek, 24 maja 2010

Ogłoszenia parafialne

1. Zakupiliśmy w  dniu dzisiejszym więcej karmy sesyjnej :))).

Dzisiaj w radiu mówili, że popcorn jest bardzo zdrowy, zawiera błonnik, bez soli i tłuszczu wcale nie taki kaloryczny i na dokładkę działa anty-rakowo, bo usuwa wolne rodniki i w ogóle jest fajny :D

2. Odniosłem wrażenie, że ostatnia sesja, z wątkiem detektywistyczno-dochodzeniowym szła dość drętwo. Postaram się na następnej sesji więcej akcji upchnąć, chyba, że wolicie dalej powoli, po nitce do kłębka dochodzić ;P

3. O ile niebo nie zwali nam się na głowy następna sesja w czwartek, 20:30 :)

czwartek, 20 maja 2010

Kroniki Drużyny Młota

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium


[Rozdział XIV]


W miarę bezproblemowo udało nam się dotrzeć do Middenheim, zostawiając „Lodzię” w wiosce w dolnym biegu Reiku. Ostatnie kilka dni dojechaliśmy konno.
Middenheim wciąż dochodziło do siebie po niedawnej Burzy Chaosu, ale z okazji dorocznego festynu mieszczanie sprężyli się i chyba co się nie udało odbudować po prostu zakleili dyktą i gipsem. Do tego dodajmy niesamowite tłumy na ulicach, które trochę zasłaniały widoki.
Na rogatkach miasta spotkała nas niemiła niespodzianka (nie licząc tu godzinnej kolejki do wejścia, którą Gascoigne z wielkopańską wprawą i drobną łapówką ominął w 3 minuty). W mieście wprowadzili podatek od magów, krasnoludów i kapłanów. Podróżujący z nami Drakki i Bjorni od razu wpadli w bramie i musieli zapłacić małe conieco (szczególnie Bjorni, ze swoim pomarańczowym irokezem i odrastająca brodą aż razi po oczach swoim khazlidzkim pochodzeniem). Cerus do dzisiaj zastanawia się, jak rozpoznali w nim maga, szczególnie, ze podróżował po cywilnemu. No ale mogły go wydać komponenty do czarów przy pasku, książki no i – oczywiście – laska z gałką. Jakim sposobem Anny, z jej kosturem, sierpem za paskiem, ziołami, komponentami do czarów i ogniem wiary w oczach poborcy nie wyhaczyli jako kapłanki, tego do dziś nie jesteśmy pewni. Chociaż po namyśle mógł z tym coś mieć do czynienia fakt, że za nami w kolejce do oclenia była, khem, tancerka egzotyczna z dużymi… khem, oczami.
Zatrzymaliśmy się w sympatycznej oberży „Oręż Templariusza”, której miły właściciel opowiedział nam trochę o nadchodzących atrakcjach karnawałowych. Już wtedy zaczynało nam, a w szczególności Cerusowi, świtać, że coś może być nie Teres z tymi podatkami. Ustanowione stawki były, delikatnie mówiąc, zaporowe i już wkrótce musiały doprowadzić do przetrzebienia miejscowej populacji magów, kapłanów i krasnoludów. Dziwnym przypadkiem podatek celował w te grupy, które bardzo przyczyniały się do obronności Middenheim…

Pierwszego dnia karnawału ruszyliśmy na miasto. Od rana Gascoigne, za pomocą flaszki dobrego wina i paru gładkich słówek załatwił sobie na później wstęp na turniej rycerski u lokalnego szlachciury o łatwym do wypowiedzenia i zapamiętania nazwisku von Mitschutzliege. Następnie udaliśmy się na stadion snotballu pokibicować Samowi w walce z Minotaurem (1:0 dla Sama, 0:100 w złotych koronach przegrał Cerus, który dobrze obstawił wynik walki u lotnego bukmachera, ale nie pomyślał o obstawieniu bukmachera, który ulotnił się z kasą w trakcie walki…).
Następnie Gascoigne skrzyżował swój miecz w walce z szampierzem grafa – Dieterem Scheneidehammerem. Walka była bardzo wyrównana, Gascoigne zyskał sobie wielkie uznanie publiczności honorowo pozwalając szampierzowi podnieść upuszczony miecz. Nasz rycerz przegrał niestety, ale minimalnie, Dieter będący pod wrażeniem walki zaprosił nas na piwo wieczorem, do ogródków piwnych.
W tak zwanym międzyczasie Chowaniec Cerusa – sowa- wspięła się na szczyty spostrzegawczości i zdołała wytropić lotnego bukmachera w tawernie w zachodniej części Middenheim.
Po załatwieniu spraw w tawernie udaliśmy się na popijawę z Diterem, która okazała się bardzo owocna, tak pod katem wypitego alkoholu, jak i w zebrane informacje. Poznaliśmy tam nadwornego minstrela – elfa imieniem Rallane Lafarel, jego kumpla łowczego Allavandrela Fanmarisa i narzeczoną Dietera – Kirsten Jung.
Dieter okazał się być całkiem równym gościem, podobnie jak jego elfi kumple. Bardzo spodobał mu się krasnoludzki topór Sama, chciał go nawet dokładnie obejrzeć. Mina Sama, gdy usłyszał tę prośbę i zaczął intensywnie kalkulować, czy to aby nie jakiś podstęp – bezcenna. Do późnej nocy gadaliśmy o różnych sprawach – o krasnoludach (Dieter ja szanuje), pięknych paniach (Minstrel za nimi przepada), księżniczce Katrinie (równie piękna co niemądra i w dodatku na wydaniu – najlepsza partia w mieście), piastunce księżniczki (stary, upierdliwy, strzegący cudzej cnoty niczym pies ogrodnika gad nazwiskiem Zimperlich – wyjaśnił nam Rallane). Jeszcze zanim porządnie się napierdoliliśmy, rozmowa zeszła też na temat nowych podatków. Jak się okazuje, z powodu trwającej wiele miesięcy apatii grafa wszyscy są przekonani, że to doradcy jakoś wpłynęli na grafa, żeby uchwalił te podatki. Ale kto to dokładnie był – zdania są podzielone. Krasnoludy np. obwiniają Lafarel`a – z tego tytułu nie szczędzą mu wyrazów wdzięczności w postaci zgniłych owoców i innych takich, gdy tylko pojawi się na mieście. Rallane twierdzi, że to nie on, bardziej podejrzewa kanclerza Sparsama (odpowiedzialnego za podatki) do spółki z magistrami praw (jest ich trzech – Ehrlich, Hoflich i Wasmeier – co ciekawe, ten ostatni kiedyś był magiem, ale potem podjął słuszną decyzję, że prawo to lepsza ścieżka kariery). Co ciekawe, Dieter stwierdził, że podatki nałożone na magów, kapłanów i krasnoludy są sprawiedliwe i zasadne – w końcu oni praktycznie siedzą na forsie. Później impreza przeniosła się do do kwatery Rallane przy pałacu grafa – ale już bez Dietera i jego narzeczonej.
Następnego dnia, po zaleczeniu kaca około południa ponownie ruszyliśmy na miasto. Fransoise postanowił samodzielnie poszukiwać agentów kultu Purpurowej Dłoni – stwierdził, że sam dużo mniej rzuca się w oczy. To dziwne, bo Sam, ze swoim wzrostem i dwuręcznym toporem, kolczugą i kuszą wałową był raczej najbardziej rzucającym się w oczy członkiem drużny.
Karnawał w Middenheim to naprawdę coś! Tłumy na ulicach, grajkowie, cyrkowcy, przekupnie. Rewelacja. Każdy mieszkaniec Imperium powinien choć raz w życiu to zobaczyć.*
Chyba, że chcesz się szybko przedostać w punktu A do punktu B – normalny czas przejścia tej odległości najlepiej pomnóż przez dwa i zastosuj następną, wyższą jednostkę wielkości.
Tak czy siak postanowiliśmy zabrać się energicznie za poszukiwanie Gottarda von Wittengstein. Było to dość trudne, zważywszy, że znaliśmy jego wygląd sprzed paru lat (vide portret w nieodżałowanym zamku von W) no i wiedzieliśmy, że lubi sobie podupczyć w szerszym gronie. Zaczęliśmy więc szukać jakiegoś burdelu…
Wskazówki miejscowych uliczników zaprowadziły nas do przytulnego przybytku przyjemności w Altquarter, gdzie Sam – w celu podtrzymania konspiry – udał się na pięterko z niejaką Jaquelinn.
Zauważyliście, że kobiety negocjowanego afektu tak lubią przyjmować bretońskie imiona? Dlaczego pytam? Co takiego mają w sobie Jean-Marie, Monique, Evelynn, czy inna Jaquelinn, czego nie ma nasz swojska Hildegarda, Greta, czy Brunhilda? Naprawdę ktoś powinien coś z tym zrobić. Wydać jakiś ukaz o ochronie Reikspieleu, czy coś, bo za kolejne kilkadziesiąt lat nasz piękny język trafi szlag i kto wtedy będzie umiał cytować Goethego w oryginale?
W Altquarter dostaliśmy namiary na najlepszy burdel w mieście. Szefowa bałaganu opowiedziała nam również o jakimś gościu około 175 cm wzrostu z lekko przyprószonymi siwizną włosami, brązowymi oczami i kozią bródką, który jakiś czas temu szukał ladacznic na orgię, ale ostatnie do transakcji nie doszło.
Wizyty w burdelach to rzecz przyjemna dla ciała i ducha. I tak np. my wracając z burdelu zrobiliśmy dobry uczynek – jakiś dwóch bandytów niszczyło stragan jakiegoś starszego przekupnia. Poprosiliśmy grzecznie, żeby przestali i wyciągnęli pałki. Jeden z nich miał nawet sztylet! Na takie dictum można było zrobić tylko jedno – Sam celnym ciosem topora uciął jednemu z bandytów głowę i na wszelki wypadek poprawił jeszcze szybkim ciosem w tętnicę udową zanim truchło dotknęło bruku. Tymczasem Anna celnym ciosem kostura w potylicę znieczuliła drugiego pacjenta.
Wdzięczny sklepikarz wyjaśnił, że wymienieni bandyci usiłowali wymusić z niego haracz, na który nie było go stać. Nie zdążyliśmy niestety wyciągnąć z drugiego z opryszków informacji o ich przełożonych, bo niestety pojawił się patrol straży miejskiej.
Dzięki zeznaniom sklepikarza i jego żony strażnicy z halabardami nie zaciągnęli nad na sąd w sprawie zabójstwa. I chwała im za to, bo gdyby do tego doszło, pewnie musielibyśmy prawnika zatrudniać. Grzywny i inne kary za zabójstwo – w razie czego – jakoś byśmy przeżyli, ale mam dzienne wrażenie, że rachunek wystawiony przez naszego prawnika wysłałby nas do grobu. Takiego bardzo taniego grobu, nawet bez opłaconej płaczki.
------------------------------------------


* ten mały akapit dodano dopiero w trzecim wydaniu książki – w rok po tym, jak karnawał w Middenheim, który w tym roku akurat przypadał w zimie, odnotował najmniejszą ilość gości spoza prowincji.

wtorek, 18 maja 2010

Kroniki Drużyny Młota

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium


[Rozdział XIII]

Gdy już ogarnęliśmy się po wizycie na Zamku postanowiliśmy ruszyć tropem Mrocznych Elfów. Sam podjął się trudnego zadania ich wytropienia, w czym pomagało mu dwóch gruppie z Wittengsdorfu.
Energicznym marszem ruszyliśmy na północ. Po kilku godzinach dotarliśmy do małego kamiennego mostku, ślady wskazywały, że Kilkanaście elfów przeszło tamtędy całkiem niedawno. Sam, idący na szpicy, już miał wejść na mostek, gdy nagle spod niego wygramolił się 2,5 metrowy troll i kategorycznym – choć nie świadczącym o szczególnej inteligencji, tonem, zażądał myta w wysokości bodajże 10 ZK od łepka.
Sam energicznie zabrał się do negocjacji ceny za pomocą dwuręcznego topora. Uprzedziła go jednak Wiewióra, trafiając trola celnym bełtem z kuszy. Oczywiście rana od razu zaczęła się goić, jednak chyba zraniła go do żywo, bo bydle rozdarło się niczym małe dziecko wołając: „Maaamooo!! One mnie biją…!!!”
I spod mostu wylazła prawie trzymetrowa mamusia…
Z ubiciem obu potworów trzeba było się trochę nagimnastykować, ale w końcu daliśmy radę i energicznie ruszyliśmy na północ. Jak tylko nieustraszeni Wittengsdorfscy zwiadowcy uprali portki w rzece.
Elfy znaleźliśmy godzinę później. Wszystkie co do jednego martwe. Trupy można było podzielić na trzy grupy – ubite przez cholernie dobrego szermierza rapierem, zatłuczone z wielką siłą długim mieczem przez kogoś, lub coś, co chyba umiało latać. Trzecia grupa została załatwiona przez kilka innych osób, nosili różnego rodzaju rany. Na pobojowisku leżały same elfy, więc ten, kto je pokonał albo zrobił to bez strat, albo po sobie posprzątał. Bardzo niepokojący był też jasny niczym słońce rozbłysk Shysh, wiatru śmierci, który zauważyliśmy pół godziny wcześniej. Nie nosił on jednak znamion wpływu chaosu…
Bardzo byliśmy ciekawi, kto rozwiązał za nas ten długouchy problem. Wtedy jeszcze nie połączyliśmy tego zdarzenia z tym dziwnym porankiem w Kemperbadzie, kiedy to nad ranem znaleźliśmy na pomoście wyraźne ślady jakiejś walki, ale wtedy ktoś zdążył po niej posprzątać i znaleźliśmy tylko jeden, charakterystyczny bełt od samopowtarzalnej kuszy.
Sprawców tej przykrości, która spotkała Mrocznych z Naggaroth mieliśmy poznać w przyszłości. I co tu dużo mówić, miało to być pamiętne spotkanie, ale nie uprzedzajmy faktów.

Kfiatki z 13.05

Dzisiejszy odcinek kfiatków sponsoruje pewien przytulny burdelik w middenheimskim Altquarter ;).

MG: Dieter (NPC) przedstawia wam swoją narzeczoną:

Sam: Notuję: „nietykalna”
Anna: Ale jej tego na głos nie mów!

(odnośnie wstępu różnych indywidułów w różne miejsca)
Anna: Do moich rodziców to nawet Cerusa wpuścili.

Gascoigne: Popiłem i mam ochotę, żeby ktoś nas zaczepił.

(drużyna wybiera się do burdelu)
MG: W burdelu mają pięterko zintegrowane.

(Po, Sam postanowił zdobyć trochę informacji)
Sam: To jak już pierwsze emocje opadły…

(lekkie rozkojarzenie)
Gascoigne: To ja się nabzykałem i jestem zmęczony.
Anna: To sam był w burdelu, nie ty.
Gascoigne: To ja się nie pobzykałem i jestem rozkojarzony.

Anna: Sprzedałam biżuterię.
Gascoigne: skąd miałaś?
Anna: Z trupów.

Sam: Gdzie można komuś dupę skopać?
Anna: Wszędzie pewnie, tylko trzeba trochę pomyśleć.
Sam: Eeeee…???

środa, 12 maja 2010

Kfiatki z 06.05

Dzisiejszy odcinek Kfiatków sponsoruje Minotaur pobity przez Sama ;)

Niestety nie zdołałem spisać autorów wszystkich tekstów.

MG (czyta notatki)
Sam: To skoro teraz MG się wczytuje…
Cerus: Loading…

Sam: Co robimy?
Cerus: Ja idę do biblioteki poczytać.
Sam: (entuzjastycznie) Fajnie! A co innego robimy?

(Cerus kończy obłaskawiać Chowańca - sowę. Zdał trudny test ogłady, co przy jego statach było niezłym osiągnięciem)
MG: Pokazałeś się sowie od najlepszej strony.
Ktoś: Zdjąłeś gacie.

(Cerus w ramach karmienia sowy załatwił jej martwą mysz)
Ktoś: To jest sowa, nie sęp.

(w Middenheim podczas Festiwalu można wystąpić na arenie i walczyć z minotaurem)
Przyjazny karczmarz - NPC ostrzega: Trzeba się zawczasu zapisać, bo minotaury mogą się skończyć
Ktoś: Walki do wyczerpania zapasów, Minotaurów bądź rycerstwa.

(Sam zapisał się na walkę z minotaurem)
Sam: Czy minotaury mają coś, o czym powinienem wiedzieć?
Cerus: Rogi.
Sam: A ogon?
Cerus: Ogonem, to one se mogą muchy odganiać.

(po wygranej walce z Minotaurem Sam stwierdza, że odniósł rany, które nie wyleczyły się same po 2 godzinach, jak to miało miejsce u Gascoine`a, który brał udział w pojedynku z szampierzem grafa)
MG: Bo Gascoine walczył z inteligentnym przeciwnikiem, który hamował ciosy. Ty walczyłeś z wkurwioną krową.

(po Minotaurze Sam ma ochotę jeszcze coś usiec)
Anna: Ale zwierząt nie zabijaj.
Sam: Chce usiec coś z końską głową
Cerus: Może centaura*?
Sam: Ale ja chciałem na odwrót…

Anna: Nazwę konia Jaskier.
Gascoine: Dobre imię dla kurwiarza mąciwody.

Cerus: Cesarz chory.
Sam: Nawet kapłanki Shakiry mu nie pomogły…

-------------------------------------------------------
*Przypisek MG: w świecie Wahrammera występują stwory wyglądające jak centaury – zwą się Centigorami i są odmianą Zwierzoludzi.

środa, 5 maja 2010

Altdorfer Tagesbalt nr 10

Altdorfer Tagesblat
Czyli Niezależny Nieregularnik Stolicy Imperium

Numer 10


Ogłoszenie płatne

Myślisz, ze masz to co trzeba, by strzec dróg i rzek Imperium? Jeszcze dziś zaciągnij się do lokalnej kompanii Strażników Dróg!
W związku z szerząca się po odparciu fali chaosu falą bandytyzmu na drogach ogłasza się wszem i wobec, że we wszystkich prowincjach Imperium prowadzone będą dodatkowe zaciągi do szeregów Strażników Dróg i Straży Rzecznej.
Straż gwarantuje:
- regularnie wypłacany żołd,
- wikt i opierunek w kwaterach Straży,
- możliwość aktywnej służby na świeżym powietrzu,
- po dwóch latach służby możliwość awansu na sierżanta,
- satysfakcję z pomagania uczciwym i przestrzegającym prawa kupcom, mieszczanom i mieszkańcom prowincji.
ZGŁOŚ SIĘ DO LOKALNEGO BIURA WERBUNKOWEGO STRAŻY JUŻ DZIŚ!

Trwają zamieszki w Middenlandzie

Zaostrza się sytuacja w największych miastach Middenlandu: Alenhofie, Carroburgu i Sheinfeld. Trwają tam zamieszki wzniecone przez pozostającym w mniejszości wyznawców Sigmara. Niedawno koszary Rycerzy Panter w Carroburgu zostały podpalone przez nieznanych sprawców, budynek jednak udało się uchronić przed całkowitym zniszczeniem.

Cesarz dalej chory

Pomimo zatrudnienia najlepszych medyków z całego Imperium, magów z Imperialnej Akademii, pomocy kapłanek Shalyii i nawet jednego wioskowego znachora, stan zdrowia Miłościwie Nam Panującego Cesarza Karla Franza pozostaje bardzo ciężki. W stolicy i prowincjach rośnie niezadowolenie spowodowane faktem, iż Cesarz nie wyznaczył nikogo do pełnienia obowiązków w jego zastępstwie.

Z węzełkiem po kraju – Wielkie Księstwo Middenlandu i Middenheim

Dopóki gorzeje ogień w Wielkiej Świątyni Middenheim i Middenland nigdy nie upadną” – graf Borys Todbringer.

Wielkie Księstwo Middenlandu i Middenheim to najważniejsza z północnych prowincji Imperium. Obok Reiklandu (ze stołecznym Altdorfem) i Talabeklandu (ze słynącym z Cesarskiej Szkoły Inżynieryjnej Nuln) to jedna z trzech najbogatszych prowincji elektorskich. Nieraz w historii zdarzało się, że na tronie w Altdofie zasiadał władca pochodzący właśnie z Middenlandu.
Na przestrzeni dziejów Wolne Miasto Middenheim i Middenland były oddzielnymi prowincjami elektorskimi i dopiero kilkaset lat temu zostały zjednoczone pod władztwem rodziny Todbringerów. Z tego okresu datują się pewne niesnaski pomiędzy mieszkańcami Middenheimu, a reszty prowincji.
Jednocześnie jest to obszar najbardziej oddany kultowi Ulryka, jego stolica – Middenheim – nie bez powodu nazywana jest Miastem Białego Wilka.
Region ten słynie też z bardzo dużej populacji czarnych żurawi zamieszkujących mokradła na północ od Middenheim. Niestety altdorfska moda na noszenie ich piór przy kapeluszu ostatnimi czasy bardzo negatywnie odbiła się na liczebności ptaków i nie pomogły tu nawet podatki od łapania tych ptaków nałożone przez elektora prowincji – grafa Borysa Todtbringera.
Mieszkańcy Wielkiego Księstwa Middenlandu mają opinię ludzi lakonicznych i szorstkich. Stare opowieści mówią wręcz o dziadku Borysta Todbringera, którzy rzekomo miał kazać uciąć pewnemu Niziołkowi język za zbyt długa przemowę po obiedzie. Middenlandczycy lubią tradycję i trzymają się jej bardzo silnie.
Prowincja słynie z doskonałych, zaprawionych w boju żołnierzy i dwóch zakonów rycerskich – Rycerzy Panter (osobista gwardia Todbringerów) i Rycerzy Białego Wilka (zakon działający przy Wielkiej Świątyni Ulryka, znany z tego, że jego rycerze używają w walce młotów bojowych).
Obecnie elektorem Middenheim jest graf Boris Todinger, a jego następcą – najmłodszy syn, Stefan. Osobnym głosem elektorskim dysponuje Najwyższy Kapłan Ar-Ulryk.


(mapka znaleziona na http://www.warhammer-empire.com/)

piątek, 30 kwietnia 2010

Świeżo zerwane Kfiatki z 29.04

(jeszcze przed sesją, planujemy wyjazd na grilla)
Anna: Skrzydełka z grilla ja nie… Długo się robi, a krótko je.

Sam: Nie wiem po co mi inteligencja, w końcu mam topór.

Anna (Do MG, spodziewając się zasadzki): Słychać śpiewające ptaki?
Cerus (basem): O sole mijo!!

Sam (bo bardzo udanym teście tropienia): To tędy 4 godziny 5 minut temu na północ szło 16 elfów. Mogłem się pomylić o cztery.
Anna: Godziny, minuty, czy elfy?

Gascoigne (do Cerusa): nie wczuwaj się w krasnoluda!
Anna: No! Bo jesteś za wysoki.

MG (opisuje jak dwóch nie rozmawiających ze sobą krasnoludów pełni wartę, gdy drużyna nocuje wewnątrz kamiennego kręgu): Jeden usiadł w jednym kącie kręgu, drugi w drugim.
(drużyna złożona z samych magistrów inżynierów ścisłowców po Polibudzie śmieje się z MG humanisty, bo wie, że okrąg nie ma kątów)
MG: Mówiłem „w końcu”.
(drużyna złożona z samych magistrów inżynierów ścisłowców po Polibudzie śmieje się z MG humanisty sugerując mu, by znalazł koniec w kręgu).

Sam: Mam duże pokłady inteligencji. Tylko, ze bardzo głęboko.

Sam: Zostało mi 4 HP.
Gascoigne: To i tak lepiej, niż Cerus zazwyczaj!

Cerus (po tym, jak Gascoigne zrobił mu brzydki kawał): Czekaj czej tylko. Pójdziesz spać to ci lewatywę zrobię!
Sam: A gruszkę masz?

(drużyna wróciła do Altdorfu i planuje miłe spędzenie wolnego czasu)
Anna (zapraszana na kolacjo-randkę przez osobę, która nie wzbudziła jej zainteresowania): Mogę przyjść z przyzwoitką?
Sam: Ja mogę iść!
Cerus: Ale my już jesteśmy umówieni do burdelu!!
Sam: A jednak nie mogę iść!!!

I na koniec jeszcze analogia, która padła podczas wizyty w domu czerwonej latarni: „Futro z norek – norka z futrem!”

środa, 28 kwietnia 2010

Ogłoszenia parafialne

  1. Przypominam o sesji jutro o 20tej :).
  2. Załączam fotki do tej pory wykonanych figurek. Docelowo na lewym marginesie będą ich miniaturki i 1-2 zdaniową charakterystyką postaci.
  3. Chciałbym też sukcesywnie powrzucać wpisy o historii każdej z postaci. Pytanie: czy mam sam je spłodzić, czy może sami chcecie coś napisać? Bo wydaje mi się, że na tym etapie kampanii wklejenie historii postaci, które mi przesłaliście, mogłoby ciut popsuć zabawę ;).

Anna


Cerus


Gascoine


Sam



poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Ogłoszenia parafialne - ciekawe linki

Na szybko, dwa ciekawe linki z kategorii lektury nadobowiązkowe:

  • Opowieści kapitana Zamku Chojnickiego - facet ma niesamowity talent do gadania, a i bardzo do rzeczy mówi o średniowieczu.
  • The care and feeding of Your GM - przede wszystkim ze względu na tytuł, który totalnie mnie rozbroił. Kilka takich ciekawych porad dla graczy. Ogólnie cały portal jest bardzo fajny i nie ukrywam, że czasami korzystam z pomysłów tam zawartych :).

No i z uwagi na zakończenie żałoby narodowej zapraszam serdecznie na sesję w zwyczajowym terminie - najbliższy czwartek 20:00 u nas :).

wtorek, 13 kwietnia 2010

Kfiatki z 08.04

(drużyna zabiła demonicę Slanesha, w czasie, gdy Cerus był nieprzytomny z powodu nawdychania się narkotyków w świątyni Slanesha. Cerus, jako mag Kolegium Światła i domorosły łowca demonów i innego plugastwa, jest lekko zawiedziony, że sam nie mógł demona zabić i ma o to lekkie pretensje)
Cerus: Trzeba było demona potrzymać, ja za dwa dni bym doszedł
Anna: To ja się nie dziwię, że ty masz problemy kobietami…

(Cerus jest totalnie ujarany. Mimo to ma zadziwiająco racjonalne, przemyślane i dobre pomysły)
Anna: On tak jakoś jasno myśli.
MG: Będą ujemne PDki.

MG: Zamek (Wittengstein) zrównało z ziemią.
Cerus: To chyba sukces, nie?

(ciąg dalszy komentarzy po zniszczeniu zamku)
Gascoine: Tak dobrze osadzonego zamku jeszcze nie widziałem.

Cerus: Przekaż druidom…
Sam: Druidów nie ma. Wyraźnie mi to wyjaśnił ten druid, co go spotkaliśmy miesiąc temu.

(Anna, jak każdy szanujący się ekoterrorysta, ma długa pamięć)
Cerus: Mogłabyś mnie opatrzyć?
Anna: Nie pamiętam już dlaczego, ale umawialiśmy się, że nie.

Cerus: A może twój ojciec kozy chędożył?
(???): Serio? Jakoś tak wygląda…
(nie jestem pewien tego kfiatka, jak ktoś wi o co chodzi proszę o wpisanie komentarzu ;P )

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium


Rozdział XII - ciąg dalszy

Na tym etapie w zamku zostały już tylko dożynki do dokończenia. Zgodnie z pozycjonowaniem wykonanym przez Annę zostały nam dwa skupiska po kilkunastu mutantów, dwa demony i wielkie coś z mackami w dziurze na odpadki.
Cerus wpadł na genialny pomysł, żeby przy pomocy drobnej iluzji sprowadzić do głównego hallu wrogich żołnierzy na raty, celem przekazania ich Francoise do pogrzebania. Plan i wykonanie było genialne, ale… nikt nie przyszedł. Nie chciał Mahomet do góry… posłaliśmy Sama na zwiady. W kolczudze, napierśniku płytowym i z dyndającymi na grzbiecie kuszą wałową i dwuręcznym toporem mógłby co najwyżej zaskoczyć mocno napitego krasnoluda, ale i tak postanowiliśmy spróbować. W końcu padało, grzmiało i było ciemno.
Sam w starej oranżerii znalazł kilkunastu mutantów – ludzi skrzyżowanych z różnokolorowymi ptakami. Nie wydawali się specjalnie groźni, szczególnie że byli zamknięci w klatce, ale i tak postanowiliśmy ich odstrzelić. Nie oszukujmy się mutanci to to oczywiście nie byli, co najwyżej lekko ewolucyjnie upośledzone ptactwo. Więc okres ochronny na drób łowny ich nie obejmował.
Po małym polowaniu na dzikie indyki nad Zamkiem Wittengstein postanowiliśmy zająć się basztą bramną. Wysłane przodem krasnoludy z Drakkim na czele zatłukły tam ostatniego strażnika i mogliśmy na spokojnie uzupełnić zapas bełtów do kusz.
Następny cel: była świątynia Sigmara. O tym, ze była, dobitnie świadczyło wielkie czarne przyrodzenie domalowane do płaskorzeźby Sigmara na frontowej ścianie. Przez uchylone drzwi wylatywała po ziemi fiołkowa mgiełka, dało się też usłyszeć dziwną, hipnotyzującą muzykę organową.
Zasłoniliśmy twarze chusteczkami umoczonymi w spirytusie i weszliśmy do środka w pełnej gotowości bojowej. Byliśmy gotowy na prawie wszystko – demony, zwierzoludzi, mutantów, ofiary składane z dziewic… Jedno było pewne – dziewic w budynku nie było, na podłodze zamiast tego trwała orgia w najlepsze z udziałem kilkunastu ludzi. Jeden z nich był ewolucyjnie upośledzony i miał nawet dwa penisy! Kilka plaskaczy przywołało do porządku członków drużyny, którzy popadli w trans na skutek działania tej strasznej, kociej muzyki i już mogliśmy się zabrać za rozbicie orgii. Kultyści byli tak ukarani, że nawet nie opierali się, gdy podrzynaliśmy im gardła. Jeden nawet się cieszył, mówił że ból sprawia, że czuje że żyje. Zalaliśmy wodą kadzie, z których wydobywał się ten fiołkowy dym – mieliśmy niejasne przeczucie, że jest z nim coś nie tak. Nad salą dominował kamienny posąg Sigmara Młotodzierżcy, tyle że do jego młota dorwał się jakiś maniak z dłutem i przerobił go… tak, zgadliście drodzy czytelnicy, na penisa! Ile penisów można wkomponować w jedną świątynię? Ludzie! Jeszcze tylko brakowało, żeby ta demonica chaosu, która na nas wyskoczyła, miała ze dwa na czole!!
Nie miała, miała za to parę szczypiec zamiast rąk. Coś tam pieprzyła o tym, dlaczego się nie bawimy, nie bierzemy udziału w orgii, ale my byliśmy w nastroju do walki, nie gadania. W walce nie mógł niestety nas wspomóc Cerus ani krasnoludy, którzy kompletnie ujarali się tym fiołkowym dymem. Niezły szajs mieli ci slaneszyci! Cerusa trzymało jeszcze przez parę godzin, ciągle miał wizje, że jeździ różowym rydwanem w chmurach i rzuca piorunami w grzeszników… Ale ten fragment może zachowajcie dla siebie drodzy czytelnicy – przy jego obecnej pozycji, gdyby to się wydało… strach pomyśleć! Po krótkiej, acz zaciętej walce, w której Sam został lekko pokiereszowany, demonica zmieniła się w strużkę dymu, a my ruszyliśmy po schodach na górę, by znaleźć źródło kakofonii dźwięków, która przyprawiała nas o ból głowy.
Na galerii znaleźliśmy drugiego demona, a raczej demoniczne organy z mackami. Określenie „kocia muzyka” nabrało dla nas zupełnie nowego znaczenia. Gascoine okazał się osobą o najlepiej wyrobionym słuchu muzycznym (co nie powinno dziwić, ze względu na jego klasyczne, rycerskie wykształcenie) i o mało nie stracił słuchu w ataku demona. Macki szybko poucinaliśmy i zabiliśmy (???) organy.
W ostatniej wieży zamku znaleźliśmy tysiące karaluchów i ich władcę – człowieka-karalucha. Chyba chciał nam coś powiedzieć, ale bidula nie zdążył. Miał wypadek – odpadła mu głowa.
Nieco wcześniej dzięki magii Anny dowiedzieliśmy się, że do podziemi zamku przedostała się grupa mutantów. Postanowiliśmy zmierzyć się z nimi na końcu, ale po wyjściu z wieży okazało się, że jest już za późno – mutanci musieli uszkodzić strukturę skały pod zamkiem, gdyż ten nagle zaczął walić się na naszych oczach. Rzuciliśmy się do panicznej ucieczki unikając co rusz spadających kawałków dachówek i kamieni, jednocześnie składając dziękczynne modlitwy do wszystkich bogów, za to, że nie podkusiło nas żeby opuścić kratę w bramie.
Było gorąco, szczególnie w momencie, gdy podjadany Cerus przewrócił się jak długi pod opadająca kratą przy głównej bramie. Udało nam się jednak ujść z życiem, a z Zamku Wittengstein zostało mniej więcej to, co można obejrzeć w chwili obecnej – wysokie wzgórze z wyrównaną kupą gruzu na szczycie.
Wróciliśmy do Wittengsdorfu, gdzie okazało się, że ekipa prowadzona przez Sigrid wpadła w zasadzkę zorganizowaną przez… Mroczne Elfy! W walce zginęło więcej wieśniaków, niż podczas całego „wyzwalania” zamku, kilku też zostało rannych. Z relacji Hildy wynikało, że w starciu tym Sigrid została zabita. Podobno nie broniła się wcale, jakby czekała na śmierć. Hilda opowiadała, że Sigird na terenie Niskiego Zamku znalazła szczątki swojego męża, który został zabity niecały tydzień temu, a jego zwłoki spalone (rozpoznała je po jakimś pamiątkowym amuleciku, czy czymś takim).
Odpoczęliśmy parę godzin, Anna opatrzyła rannych wieśniaków i wsparci dwoma tubylcami ruszyliśmy wytropić długouchych. Co prawda zabieranie się za to dopiero po paru godzinach może nie było najgenialniejszym z naszych pomysłów, ale byliśmy zdeterminowani by następne spotkanie z nimi odbyło w wybranych przez nas warunkach…

czwartek, 8 kwietnia 2010

Altdorfer Tagesbalt

Altdorfer Tagesblat
Czyli Niezależny Nieregularnik Stolicy Imperium
Numer 9

Choroba cesarza!

Ze źródeł zbliżonych do pałacu cesarskiego dowiedzieliśmy się, że miłościwie nam panujący cesarz Karl Franz zapadł za nieznaną chorobę. W chwili obecnej brak bliższych informacji na jej temat, jest jednak faktem, że cesarz nie pojawił się na dorocznym przeglądzie Gwardii Reiku na polach pod Altdorfem. Komnaty cesarskie odwiedzało też kilka wysokich kapłanek Shalyi, odmówiły one jednak komentarza co do stanu zdrowia Cesarza.
Wieści te rozeszły się lotem błyskawicy po Imperium i wzbudziły uzasadnione zamieszanie. Oficjalnym następcą tronu jest przecież książę Wolfgang Holswig-Abenauer, który w powszechnej opinii, nie jest uznawany za osobę wybitnie inteligentną. Zgodnie z aktualnie najpopularniejszą plotką, książę koronny stał się czubkiem na skutek działania nieustalonego demonologa urzędującego na Uniwersytecie Altdorfskim i z rozkazu Cesarza przebywa w areszcie domowym w zamku Reikguard.
Przypomnijmy, tydzień temu przyczyną jego uwięzienia miała być absurdalna okoliczność, że zaczął oddawać cześć Mrocznym Potęgom, jest bredzącym obłąkańcem, a jeszcze wcześniej – że dostał grobowej zgnilizny, czerwonej osoby, że wyrósł mu szczurzy ogon i wreszcie – że jego bracia konspirują by pozbawić go życia i na zamku przebywa dla własnego bezpieczeństwa. Reasumując, w braku jakiejkolwiek oficjalnej informacji, jedyne co możemy z czystym sumieniem powiedzieć naszym czytelnikom, to to, że nie wiemy dlaczego Wolfgang Holswig-Abenauer przebywa na zamku Reikguard i nie przyjmuje żadnych gości.

Afera etykietowa

Coraz powszechniejsza staje się metoda obejścia embarga na bretońską brandy, polegająca na naklejaniu na niej etykietek „Produkt Sudenlandu”. W tym procederze przodują kupcy z Marienburga, ale Celnicy Miłościwie Nam Panującego zaaresztowali też kilku kemperbadzkich kupców uprawiających ten proceder. 

Z węzełkiem po kraju – Wielkie Księstwo Averlandu

Niniejszym rozpoczynamy nowy cykl na łamach naszego pisma – „Z węzełkiem po kraju”, który ma za zadanie przybliżyć naszym czytelnikom inne krainy wchodzące w skład Imperium. Mamy nadzieję, że artykuły te zachęcą do podróży, gdyż drogi stają się bezpieczniejsze po wojnie w Chaosem i nasi sponsorzy mają nadzieję na rozkręcenie turystycznego biznesu. 

„Jak Averlandczyk odróżnia swoja kobietę od krowy? Wcale!” – typowy reiklandzki żart.

Averland to najbardziej na południowy wschód wysunięta prowincja Imperium. Ta równinna kraina położona jest pomiędzy Reikiem, Averem i Averem Błękitnym, będąca jednym z najżyźniejszych obszarów w Imperium. Bogate zbiory zbóż i innych płodów rolnych są wynikiem regularnych wylewów wielskich rzek płynących przez prowincję. Averland, poza swoją rogacizną, słynie też z doskonałych win i kamieni szlachetnych wydobywanych w znajdujących się na wschodnim krańcu prowincji Górach Krańca Świata.
Averlandczycy to ludzie otwarci, szczerzy aż do bólu. Szlachta znana jest z doskonałego opanowania jazdy konnej i umiejętności walki z końskiego grzbietu.
Wielkie Księstwo Averlandu ma bardzo dobrze stosunku handlowe z krasnoludzkmi na wschodzie (Grenzstadt) oraz z Tileą. Wyrazem tego drugiego jest przewaga kuszników i pikinierów w pułkach wystawianych przez lokalnych władców w razie zagrożenia. Żołnierzy wielkiego księcia można poznać po czarno-żółtych uniformach. 
W Averheim – stolicy prowincji – siedzibę mają Rycerze Płonącego Słońca. Sporymi wpływami cieszy się kult Myrmydii.  
Obecnym elektorem WKA jest Wielka Hrabini Ludmila von Alptraum, jej następczynią – córka, baronowa Marlene.

(mapka znaleziona na http://www.warhammer-empire.com/)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium

[Rozdział XII]

Plan ataku był prosty jak konstrukcja cepa – wiedzieliśmy bowiem, że mamy współdziałać z nie przeszkolonymi banitami. My wchodzimy tajemnym przejściem na Zamek Wysoki, oni – na Zamek Niski. Następnie mordujemy wszystko, co napotkamy na naszej drodze. Przy czym przez „wszystko” my rozumieliśmy naprawdę wszystko – wliczając – jak się okazało później – zmutowane koty i wypchanych i zakonserwowanych nieboszczyków zapakowanych w zbroje stojące w hallu. Ludzie Sigrid chyba nadal mieli nadzieję znaleźć żywych swoich przyjaciół i krewnych, którzy prawie dwa lata temu udali się na zamek i nie wrócili…
Dzięki czarom Anny wiedzieliśmy, czego się spodziewać – co najmniej dwóch demonów, kilkudziesięciu mutantów, tuzina zmutowanych kotów i jednego dużego, przesiąkniętego esencją chaosu czegoś…
We wspomnianej już wcześniej „Sztuce Wojny” (przy czym nie mam tu na myśli jakiejś konkretnej książki, tylko prosty, zdroworozsądkowy zbiór zasad rządzących mniej lub bardziej zorganizowanymi starciami między humanoidami, który jest pisany i aktualizowany przez samo życie od czasu, gdy pierwszy jaskiniowej przypierdolił drugiemu gałęzią by zabrać mu napieczony w ogniu udziec jelenia) stoi też „żaden plan nie wytrzyma kontaktu z nieprzyjacielem”. Nasze trzymał nawet dość długo – tak przynajmniej się wydawało. Z podziemi wyszliśmy o czasie i znaleźliśmy się w lochach. Pierwszą żywą duszą, jaką spotkaliśmy był wioskowy medyk, który najwyraźniej siedział w klatce zawieszonej pod sufitem od circa 5 lat… Biedaka niezwłocznie należało wysłać do najbliższego, właściwego miejscowo Narrenturm, ale chwilowo mieliśmy większe problemy na głowie. Przepytaliśmy go i nawet udało się co nieco dowiedzieć o okolicy, na przykład że lokalnym oprawcą jest półogr. W celach znaleźliśmy jeszcze 5 wieśniaków i cesarskiego poborcę podatków. Ich też zostawiliśmy w celach, coby nam się nie walali pod nogami podczas wyzwalania zamku spod władzy nekromanty. Do pokoju zajmowanego przez półogra można by było trafić po omacku – starczyło iść za nosem. Sam oprawca była słabo rozgarnięty nawet jak na standardy swojego parszywego gatunku – zatłukliśmy gada zanim zdążył nawet beknąć.
W lochach znaleźliśmy jeszcze dobrze zaopatrzoną piwniczkę (hurra!!!), niestety cały alkohol zmienił się w ocet, jak go szlag trafił najprawdopodobniej na skutek działania spaczenia (łeeee…).
Ciekawostka – w jednej z cel znaleźliśmy tajemne przejście gdzieś pod ziemię. Niestety okazało się, że po parunastu metrach ktoś wstawił tam bardzo solidne drzwi, do których specyficznego klucza nie mieliśmy. Jeszcze.
Na parterze głównego budynku zastaliśmy pochrapującego chyba majordoma. Jak na majordoma podłego nekromanty przystało, zamiast prawej ręki miał paskudnie wyglądający szpon. Bydlak tak słodko chrapał, że nie mieliśmy serca go budzić, zginął więc z odcięta głową we śnie, po cichutku.
Główna sala jadalna zamku von Wittengstein doskonale odzwierciedlała stan, w jakim znajdowała się cała ta niegdyś kwitnąca twierdza. Na stole pełno było zgnitego żarcia i sfermentowanego wina. Dywany zakurzone, w rogach ścian pajęczyny, a na ścianach – portrety rodu von Wittengstein – im jego członkowie bliżsi naszym czasom, tym bardziej widoczny był wpływ skrzynki spaczenia przytaszczonej do zamku przez Dagmara von Wittengstein. Każdy kolejny z rodu wydawał się mieć mordę bardziej zakazaną, z widoczną tu i ówdzie lekką nutką dekadencji, obłędu, czy sadyzmu galopie. No i na dokładkę co jakiś czas coś znikało ze stołu i pojawiało się na którymś z obrazów. Lub na odwrót. Zaniepokojeni zaczęliśmy zdejmować na chybił trafił obrazy ze ściany, by sprawdzić, czy za nimi nie czai się jakieś licho. Jak się okazało baroneta von Wittengstein miała przodków ciężkiego kalibru, bo jeden z obrazów wypadł Annie z rąk przy zdejmowaniu, powodując spory hałas. Zamarliśmy, spodziewając się w każdej chwili wpadających wszystkimi drzwiami strażników.
Tymczasem jedyne, co się pojawiło, to trzech zmutowanych służących. Z pomocą Drakkiego i jego ekipy szybko i po cichu zlikwidowaliśmy dwóch z nich, a Fransoise, z pomocą akcesoriów znalezionych u zamkowego kata, uciął sobie pogawędkę z trzecim.
Pokrzepieni uzyskanymi od obdarzonego ptasim dziobem sługi informacjami o mieszkańcach zamku oraz świadomością usunięcia ze Starego Świata w sumie czterech mutantów ruszyliśmy skrzypiącymi schodami na górę.
Schody były nie tylko skrzypiące, ale i mówiące. Wchodząc na górę słyszeliśmy głosy… i nie, do dziś żadne z nas nie ma ochoty o tym porozmawiać.
Na półpiętrze znaleźliśmy gabinet wypychacza zwierząt. Nauczeni długim doświadczeniem puściliśmy przodem Drakkiego i Bjorniego. Niestety jakiś idiota odkręcił z drzwiczek tabliczkę informującą co jest w środku i dlatego gdy chłopaki zobaczyli zaraz za drzwiami wielkiego, pochylającego się nad nimi niedźwiedzia grizzly, zareagowali odruchowo za pomocą swoich dwuręcznych kilofów. Na taką profanację swojej pracy bardzo nerwowo zareagował Kurt von Wittengstein, zamkowy wypychacz zwierząt. Rzucił się na Bjorniego i zaczął go dusić – a że bydlak miał cztery ręce, to połamał mu parę żeber. Chwilę później wyrwaliśmy chwasta wspólnym wysiłkiem.
Na piętrze znaleźliśmy jeszcze pokój z poltergeistem (2:1 dla nas, duszek spopielony ognistym spojrzeniem Cerusa i „przeczuciem” Anny, Cerus wyszedł z akcji z malowniczym odciskiem trójramiennego, mosiężnego świecznika na twarzy), kilka pustych pomieszczeń i wojownika chaosu będącego najwyraźniej gościem pani na zamku. Gość był bardzo dobrze wychowany i zaproponował nam pomoc w ukatrupieniu kierownictwa ośrodka. Grzecznie zgodziliśmy się, po czym niestety spadło mu się ze schodów. Bo schody były krzywe, skrzypiące? Też, ale na jego nieszczęśliwym wypadku głównie zaważył but Sama między jego łopatkami. Pełna zbroja płytowa zrośnięta ze skórą daje naprawdę dobrą ochronę, ale niewiele pomaga na ucięcie głowy, jeżeli nie ma na niej hełmu.
Spotkaliśmy się też z baronetą, która hodowała 12 zmutowanych kotów chaosu. Nie miała za wiele do powiedzenia, jej sierściuchy chciały nas zabić. Atmosfera w zamku robiła się coraz gorsza, szczególnie, że na zewnątrz rozpętała się burza.
W najwyższej wieży zamku zastaliśmy najmłodszą przedstawicielkę rodu W. – jak się okazało zapaloną nekromantkę amatorkę, która właśnie za pomocą energii pioruna reanimowała umrzyka składającego się części wielu humanoidów zszytych razem.
Cóż… Może i w neoromantycznych puzzlach lady Margarite była niezła, ale chyba po raz pierwszy w życiu na jej drodze stanął ktoś, kto nie był kulącym się ze strachu i wstępnie zmiękczonym przez jej ludzi chłopem pańszczyźnianym. Wysłaliśmy babę do Morra, on tam chyba ma specjalne miejsce dla nekromantów. Reanimowany umrzyk, choć tak straszny, że wystraszył jednego z naszych krasnoludów, pobiegł tam zaraz za nią. I zdobyliśmy klucz do podziemi.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Ogłoszenia parafialne Figurki i zasady

Po pierwsze i najważniejsze: za około 5 minut (gdy tylko wyschnie ostatnia partia Wikolu mocująca trawkę elektrostatyczną) oficjalnie zakończę pracę na figurkami przedstawiającymi Annę, Cerusa, Sama i Gascoigne`a. Wkrótce po tym mam nadzieję wrzucić tutaj ich zdjęcia (choć wole je najpierw Wam zaprezentować w realu na następnej sesji (o ile niebo nie zwali nam się na głowy - w najbliższy czwartek).

Ostatnio kartkując podręcznik trafiłem na ciekawą zasadę, którą do tej pory niestety pomijaliśmy, a uważam, że warto by ją wprowadzić od następnej sesji. Według niej, jeśli powtarza się test umiejętności, bo nie wyszedł za pierwszym razem i nie zmieniły się okoliczności, drugi test jest z modyfikatorem -10. Jak i ten nie wyjdzie i okoliczności dalej te same - następne podejście na -20 i tak dalej. Wydaje mi się to dość logiczne - jak coś nie wyjdzie za pierwszym razem - np. opatrzenie rany, czy szukanie śladów - to przy drugim podejściu będzie trochę trudniej (bo np. rana się szerzej otworzyła, a łażenie po terenie w poszukiwaniu śladów mogło jakieś zatrzeć). Jednocześnie jeśli okoliczności uległy w miarę istotnej zmianie, wtedy nie ma modyfikatora (w tym przypadku - np. opatrujemy ponownie tę samą ranę następnego dnia, czy też rzucamy do akcji psa tropiącego). Modyfikator ujemny jest tylko przy tożsamości miejsca, czasu i rodzaju czynności - więc np. oblany test splatanie w turze pierwszej przed udanym  rzuceniem Kuli Ognia nie wpływu na test splatania w następnej rundzie, przed rzuceniem np. Tarczy Eteru.

W razie braku jakiegoś zasadnego zmasowanego sprzeciwu zacząłbym to stosować od następnej sesji.

I na koniec jeszcze uwaga dla Fransoise - zacznij się zastanawiać jaką chcesz figurkę, postaram się przygotować dla Ciebie kilka propozycji na następną sesję :) (niestety figurkę Abelarda mi gdzieś diabeł (kot? ;P ) ogonem nakrył i za cholerę nie mogę jej znaleźć).

czwartek, 1 kwietnia 2010

Kroniki Drużyny Młota

Kroniki Drużyny Młota
Spisane w 30 lat po wydarzeniach, które wstrząsnęły Imperium
Przez [wpis nieczytelny], bezpośredniego uczestnika wydarzeń.
Wydane w Altdorfie nakładem drukarni Kurta Wegnera Juniora
W roku 2542 od założenia Imperium


[Rozdział XI]

Po dotarciu na wysokość Wittengsdorfu postanowiliśmy wysłać kurdupli przodem na zwiady. Zadekowaliśmy się z „Lodzią” za zakolem rzeki i czekaliśmy na powrót zwiadowców, którzy – z racji tego, że nigdy wcześniej tam nie byli, nie powinni zostać powiązani z naszą zeszłotygodniową wtopą i mini pożarem na zamku.
Zwiad wrócił po paru godzinach. Okazało się, że w karczmie wojsko z zamku wzięło się za wieszanie tubylców w nadziei na znalezienie siedziby banitów. Drakki i spółka zareagowali dość nerwowo i strażników zlikwidowali – niestety jeden z krasnoludów został przy tym poważnie ranny, ale Anna zdołała go odratować, po tym, jak przynieśli go na drzwiach od karczmy, niczym niejakiego Janka Wishnievskiego ze znanej kislevickiej ballady.
Nad ranem podzieliliśmy się na dwie grupy. Anna do spółki z Samem udali się rozpoznać okoliczne lasy (wnioski: okoliczne lasy są spaczone chaosem, w nocy szwędają się tam zwierzoludzie, a partyzanci są dobrze zamaskowani), podczas gdy Cerus, Gascoigne i Fransoise udali się do wioski (wnioski: krasnoludy są bardzo dobre w znajdowaniu ruchu oporu), nasi zostali karczmie szybko połączeni z krasnoludami i skontaktowała się z nimi niejaka Hilda – córka młynarza, będąca lokalną wtyczką partyzantów. Nauka na przyszłość: wtyczkę partyzantów można łatwo poznać po tym, że podchodzi do nas w szarym prochowcu i zaczyna gadkę od „Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać. Jestem wtyczką ruchu oporu w Wittengsdorfie…”.
Wspólnie udaliśmy się do ich tajnej siedziby w lesie, gdzie odbyła się rada wojenna z ich przywódczynią – Sigrid. Ta była kapłanka Rhyi bardzo ucieszyła się, że chcemy pomóc, a jeszcze bardziej ucieszyło ją to, że przywieźliśmy im trochę broni. Dość szybko udało nam się stworzyć plan ataku na zamek z wykorzystaniem odkrytego przez nas tajemnego przejścia. Sigrid i jej ludzie, w liczbie około 30, mieli uderzyć na Niski Zamek, a my, razem z krasnoludami, na Wysoki.
Pokrzepieni stworzonym ambitnym planem udaliśmy się do „Lodzi” po broń. Po drodze jeszcze trzeba było urządzić zasadzkę na grupę żołnierzy z zamku, którzy przeczesywali las za pomocą mutanta o czułym powonieniu. Dzięki temu, że byliśmy po zawietrznej, pojawiła się okazja na zorganizowanie idealnej pułapki. Pachołki nekromanty dostały huraganowy wpierdol, a niedobitki goniliśmy aż pod zamek. Po czym sami wykonaliśmy taktyczny manewr redyslokacji na z góry upatrzone pozycje wyjściowe do kolejnego ataku.